Dodano 2017-06-28 przez Jasiek Kowalski
Sezon odpoczynku i regeneracji ;)

Po ubiegłorocznym sezonie obfitującym w liczne i długodystansowe starty ten rok z założenia miał być spokojny. I taki, póki co, jest! 

Liczne obowiązki zawodowe spowodowały iż dawno mnie tu nie było i dawno nie relacjonowałem moich i moich synów startów ;) Czas nadrobić zaległości! Ten wpis będzie zatem podsumowaniem ostatnich kilku miesięcy tego roku.

Plany startowe na ten rok od początku były bardzo ostrożne i regeneracyjne. Żadnego ciśnienia, żadnych długich dystansów, żadnych życiówek ;)

Dobór wydarzeń w których uczestniczyłem - do tej pory w tym roku - jest zupełnie inny niż w ostatnich latach. Odpuściłem start TRI w Sierakowie oraz Challenge Poznań. Nie zrezygnowałem tyko z zawodów serii IRONMAN w Gdyni które już niedługo! W imprezach biegowych stałe punkty to Poznań Półmaraton. Ponadto powrót do Wings For Life oraz Biegu o Koronę Dąbrówki. Doszło za to też kilka nowych wydarzeń w których zawsze chciałem uczestniczyć ale jakoś nigdy się nie udawało.

W tym roku starty w zawodach mają być czystą przyjemnością, odpoczynkiem i relaksem. Po kilku latach mocnych startów w imprezach biegowych i triathlonowych dobrze zrobić sobie oddech. A wszystko po to aby w kolejnym sezonie - 2018 - znów mocniej wystartować!

Ale od początku.

 

10. PKO Poznań Półmaraton, 26 marca 2017 r.  

Do startu w tych zawodach zostałem zaproszony przez Patryka, pływackiego trenera moich chłopaków. Jest on również opiekunem i trenerem w Zespole Szkół Specjalnych 103. Mieliśmy startować wspólnie z Nicolą, dziewczynką na wózku inwalidzkim. Prócz Nicoli były jeszcze 3 inne wózki z pasażerami ze szkoły 103 i prawie dziesięciu biegaczy, opiekunów, pchaczy. Zupełnie inny wymiar biegania, dla tych co nie mogą, by sprawić im choć trochę radości i uśmiechu.Po raz pierwszy startowałem z ostatniej strefy biegowej, tak naprawdę z samego końca. 

 

Byliśmy ostatnimi zawodnikami przekraczającymi linię startu. Tempo zupełnie spokojne. Balony, flagi, klimat festynu i prawdziwego biegowego święta. Pogoda idealna na bieganie. Nicolę pchaliśmy na zmianę jeszcze z innymi biegaczami. Dla osoby która po raz pierwszy to robi, faktycznie może być to ciut męczące, wymagające przyjęcia innej pozycji biegowej, bez użycia rąk które zajęte są pchaniem wózka. Trzeba baczniej rozglądać się, planować omijanie nierówności, wyprzedzanie, czuwać aby nasz najważniejszy pasażer w miarę komfortowo pokonał ten półmaratoński dystans. Dla mnie był to bieg bardzo komfortowy, na zupełnym luzie. Po raz pierwszy całkowicie bez założeń i celów - prócz tego by dotrzeć bezpiecznie do mety. Tempo biegu, między 6 a 7 minut na kilometr. Spokojnie, choć jak Nicola uwielbiała jak przyspieszaliśmy śmiejąc się na głos. Szybszy pęd powietrza sprawiał jej niesamowitą frajdę… więc celowo tak robiliśmy. Zwalnialiśmy i przyspieszaliśmy. Just for fun.Tym razem meta zlokalizowana była w hali, oprawa zatem wyśmienita choć dla mnie miała zupełnie trzeciorzędne znaczenie. Nie wiem również czy dla Nicoli miało to jakieś znaczenie. Wątpię. Chwilę przed metą stajemy i wyciągamy Nicolę z wózka prowadząc ją za barki i ręce do mety… na własnych nogach. Chyba żadne słowa nie oddadzą tego co wtedy czuliśmy.

 

 

Fantastycznie jest biec dla innych! Dla Nicoli!

 

W międzyczasie zawitałem jeszcze nad polskie morze z szosą. 

Polecam w szczególności wyspę Wolin. Rewelacja!

  

Triathlon Lubasz 2017, 6 maja 2017 r.

Tak wcześnie sezonu triathlonowego jeszcze nie zaczynałem. Początek maja. A wszystko to dzięki Velocity Team który zafundował start w zawodach. Padło na dystans 1/4 ironman. Pogoda? Wiosna to to nie była. Raczej zima. Kilkanaście stopni ciepła, woda w jeziorze… 11 stopni. Od kilku dni zapowiadano jeszcze na ten dzień deszcze. Wspólna podróż do Lubasza z Kubą. Nawet słońce się przebijało. Może nie będzie tak źle?! 

Zawody raczej kameralne, tym bardziej z uwagi na pogodę ;) 

Linia startu. Darowaliśmy sobie z Kubą rozgrzewkę w wodzie. I tak to nic nie da. Tylko dotknęliśmy stopą wody. Lód. Niektórzy w neoprenowych czepkach pływackich i ochraniaczach na nogi. Start i pierwsze poważne zetknięcie się z wodą. Najgorzej było zanurzyć głowę w podwójnym czepku pływackim. Mogło by ich być nawet dziesięć, mam wrażenie że to by i tak nic nie dało. Było po prostu kosmicznie zimno w twarz, całą głowę! Dwie pętle z wyjściem z wody. Im dłużej płynąłem tym bardziej się przyzwyczajałem ale i tak ciągle było zimno. Prawdziwy ironman :P

Wreszcie koniec tego etapu i można było wsiąść na rower ale zanim to zrobiłem zamrożonymi rękami walczyłem ze zdjęciem pianki i założeniem skarpet. Istna walka. Częściowy brak czucia w stopach i rękach nie ułatwiał tego. A gdy się to udało zaczęło lać! No tak gorzej już nie mogło być.

Trasa rowerowa, no cóż. Płaskiego odcinka to tam wiele nie było. Pofałdowania konkretne. Długie podjazdy, ciut krótsze ale ostre zjazdy. Na asfalcie pełno wody. Miałem wrażenie nawet czasem iż przez tę drogę przetacza się wartki potok. Na zjazdach ponad 60 km/h… i modlitwa aby nie zaliczyć gleby bo byłoby jak na wodnej zjeżdżalni. Cztery pętle. Ciut dłużyło się nawet, mimo że to tylko 45 km. Wreszcie koniec. Powinno być już tylko lepiej… ale nie było.

Pierwszy kilometr biegu uświadomił mi że to jakiś hardcorowy, cross a nie trasa biegowa na którą przygotowałem szybkie startówki. Trzeba było zimowe buty przygotować albo kalosze! Grząskie błoto, pełno wody, kamienie, podbiegi, zbiegi. I tak przez 10 km. Początkowe tempo poniżej 5 min/km szybko zrewidowałem.

Czas na mecie 2:50:12. Patrząc na ten czas to chyba jakiś górski triathlon wyszedł ;)

 

Wings for Life, World Run, 7 maja 2017 r.

Tego ogólnoświatowego, charytatywnego biegu miałem w tym roku nie biec. Dostałem jednak pakiet od Marka który wyjechał na wakacje i żal było nie skorzystać. Biegłem tutaj pierwszą i drugą edycję, które bardzo dobrze wspominam. Trzecią niestety musiałem odpuścić. Ale czwartą? Czemu nie! 

W końcu to bieg dla innych - dla tych którzy nie mogą. Choć mówiąc zupełnie szczerze, według mnie, hasło to jest trochę przereklamowane. Jeśli chcesz biec dla tych co nie mogą, biegnij z osobą na wózku inwalidzkim. Zdecydowanie bardziej przeżyjesz ten start i sprawisz masę radości drugiej osobie. Ale nie deprecjonuję WFL, jego cel jest szczytny i na pewno warto uczestniczyć i dołożyć swoją finansową cegiełkę dla fundacji.

Dzień wcześniej byłem w Lubaszu na triathlonie, a więc nie zakładałem że daleko dobiegnę. Tak, to ten bieg w którym goni Ciebie meta. Myślałem nawet że zrobię dyszkę i zejdę z trasy. Był też pomysł że Maks pobiegnie ze mną ale jakoś nie wyszło. Za rok!

Po Lubaszu czułem mocno nogi i bałem się o skurcze mięśni które miałem wrażenie będą mnie łapać nawet przy marszu. Tak więc założenia były bardzo spokojne. Na Malcie tłumy. To nie to co pierwsza edycja w której biegło tylko tysiąc osób. Ustawiłem się jednak w miarę blisko linii startu. Wiedziałem doskonale że Malta na taką ilość osób nie jest przygotowana i tuż po starcie na ścieżce wychodzącej z Malty zaczną się robić zatory. Tak też było.

Pierwszy kilometr wolniutki, bo ciasno. Takie rozbieganie. Kolejne jednak już po ok. 5 min/km. A od 7 km biegłem już mocno poniżej tego tempa. Hmmm? Zejść z trasy? Nie zejść? Ale jak jest tak dobrze to po co schodzić? :P Mięśnie jakby już się rozgrzały i przestały ciągnąć. Dyszka zrobiona w 51 minut. Treningowo. Ale z każdym kolejnym kilometrem łapałem oddechem i mocniejsze tempo. Czyżby kompensacja po wczorajszym starcie? Chyba tak to wygląda! Nawet nie obejrzałem się jak byłem już poza miastem w kierunku Gniezna. Półmaraton śmignął w czasie 1:44! Od tego momentu zacząłem już nieco zwalniać. Wiedziałem że życiówka w tym biegu - 29 km - jest poza moim zasięgiem. Zresztą po co. Czekałem aż auto mnie dogoni. Czekałem ale biegłem. No bo jak inaczej. 23, 24 km… w ekipie rowerowej obstawiającej auta z pomiarem czasu spotykam jeszcze znajomych. Świat jest mały. Tak to dobiegłem do 24,8 km w czasie 2:05:04. Good job! ;)

Ale to co Polacy wyprawiali na świecie - tego się nie spodziewałem. Dominika Stelmach pierwsza wśród kobiet! Bartek Olszewski pierwszy biegacz na świecie wyprzedzony tylko przez wózkarza!

 

ChampionMan Duathlon Czempiń - dystans DŁUGI, 13 maja 2017 r. 

Kolejny start w barwach Velocity Team - tym razem Duathlon w Czempiniu. 10 km biegu, 60 km roweru i ponownie 10 km biegu. Ciekawa kombinacja, a dystans nie taki mały. Tym bardziej iż na każdym etapie wypadałoby docisnąć. Dojechaliśmy w trójosobowym składzie - Maciej „Koper”, Kuba i ja. Infrastruktura i rozmach imprezy robią wrażenie. Ponoć był to największy duathlon w Polsce aspirujący do imprezy rangi Mistrzowskiej. Na starcie Jurek Górski którego przemowa tuż przed startem zrobiła chyba na wszystkich wrażenie. Realizujcie swoje marzenia! Od startu lecieliśmy całkiem mocno z Kubą poniżej 4:30 min/km. Kilka kilometrów dalej musiałem jednakże odpuścić bo dla mnie to za mocno, szczególnie że była perspektywa 60 km na rowerze i kolejnych 10 km biegu. Całe miasto kibicowało, atmosfera fantastyczna! Nikt nie narzekał, nie trąbił, nie miał pretensji. Pierwszy etap w czasie 46:37. Nieźle.

 

Etap rowerowy miał dwie pętle, po 30 km każda. Tutaj doping jeszcze mocniejszy, co miejscowość to głośniej! Disco polo, przebierańcy, wozy strażacki. Atmosfera jak podczas mojej pierwszej połówki w Suszu 4 lata temu. Etap rowerowy kończę po godzinie i 51 minutach. Czas znów biec. Poniżej 5 minut, potem ciut wolniej… aż do pierwszego kryzysu i skurczu. Kolejny był na 7 km. Rozprostowywanie, rozmasowywanie, wszystko byle tylko móc dalej biec. W międzyczasie jeszcze kąpiele z węży strażackich - zdecydowanie pomagały! Te same mięśniowe problemy miał Koper - a to nowość! I Kuba wysunął się mocno na prowadzenie wśród naszej trójki. Rywalizację kończę z czasem 3:37:20. Fajne zawody! Zdecydowanie polecam i napewno postaram się wystartować tu za rok.

 

Bieg Lwa Półmaraton, 21 maja 2017 r. 

Od dawna chciałem pobiec w Tarnowie Podgórnym. Wreszcie termin przypasował, po raz kolejny dostałem zaproszenie ;) i udało się wystartować. Tym razem znów w roli osoby pchającej wózek inwalidzki z dzielnym pasażerem. Ponownie bieg z Patrykiem w ramach sekcji biegowej 103.

Zakładaliśmy tempo biegowe w okolicach 5:00 - 5:10 min/km, a więc dużo ambitniej niż podczas półmaratonu poznańskiego. Dwie pętle biegowe i po raz kolejny fantastyczna publiczność. Mieszkańcy Tarnowa zdawali się chyba czekać na to wydarzenie i naprawdę cieszyć się i świętować z nami. Woda lała się na zawodników chyba ze wszystkich węży ogrodowych. Lokalne punkty z wodą, muzyka. Czego chcieć więcej?! Nasz pasażer wyjątkowo spokojny. Jemu chyba też się bardzo podobało. Czas chyba niezły - 1:54:30.

 

Bieg o Koronę Dąbrówki, 28 maja 2017 r. 

To zawody na moim fyrtlu które niestety ostatnie dwa lata z rzędu musiałem odpuścić ze względu na kolizję terminu z triathlonem w Sierakowie. W tym roku startu w Sierakowie nie było zatem spokojnie można było zapisać się… no właśnie, tylko gdy chciałem się już zdecydować to okazało się że nie ma już miejsc ;) Szczęście w nieszczęściu Tomek przekazał mi swój pakiet.

Na linię startu dotarłem z Koprem i od razu ustawiliśmy się w pierwszym rzędzie :) Miał to być bieg w pałę, tzw. do odcięcia! Wiem. To wiele z regeneracją nie ma wspólnego. W tym roku to była jednak moja pierwsza dyszka, tak więc tym bardziej chciałem się sprawdzić. Pierwszy kilometr poniżej 4:00 min/km, a przez jakiś czas biegliśmy z Maciejem w ścisłej czubie. A więc nie mogło się to dobrze skończyć, trzeba było szybko zrewidować tempo i zrzucić bieg. Kolejne kilometry już dużo spokojniej i w miarę równo po 4:20. Na 5 km nie załapuję się na wodę bo jakiś kretyn tuż przede mną mimo iż biegnie z wodą to jeszcze zgarnia wszystkie trzy kubki. No nic trzeba lecieć bez wody mimo iż temperatura i skwar nie pomagają. Na mecie melduję się z czasem 44:50. Do odcięcia nie było ale i tak dużo szybciej bym już chyba nie pobiegł. Wpierw pomyślałem że mega wolno ale później po analizie okazuje się że to moja najszybsza dycha w Dąbrówce. No proszę!

 

Triathlon Lwa, Lusowo, 10 czerwca 2017 r.

Znów Tarnowo Podgórne i znów zawody na które polowałem już od kliku lat. Na starcie sami znajomi i świetna atmosfera. 

Etap pływacki zamiast 950 metrów wyszedł 1430. Hmmm. Czy to ważne? :) Ponoć ktoś dosłownie i w przenośni „popłynął” :D i przedobrzył, przesuwając boje nawrotowe.

Już po pierwszej pętli czułem że coś jest nie tak. 12 minut?! Cholernie długo! Czy napewno tak bardzo spadła mi forma? :) Tak się spiąłem że kolejną zrobiłem w 10. To się nazywa motywacja!

Rower, mocny ze średnią 35 km/h. Trochę z wiatrem, trochę pod wiatr. Płasko ale sporo nawrotów. Tak czy inaczej fajnie.

Wreszcie bieganie które wyszło całkiem przyzwoicie, równo i bez przygód. Kibice jak zwykle rewelacyjnie, choć niektórzy namawiali abym zatrzymał się dopiero we Fresh’u :D

Całość w 2:38:32. Jak na „olimpijkę” zamiast „ćwiartki” to dobry wynik! ;) 

---

Nie sposób nie wspomnieć również o zawodach pływackich w których wystartowałem razem z moim najmłodszym synem Maksem. Sztafeta 2 x 25 metrów w obry czasie 42,18. Powiem tylko że Maks prawie szybszy od ojca :P

 

Filip również startował na 50 m stylem dowolnym oraz stylem motylkowym. DUMA!

 

Nie sposób nie wspomnieć także o licznych treningach rowerowych z moim najstarszym synem Filipem! 

---

Przede mną jeszcze kilka startów w tym roku. Na pewno 70.3 IRONMAN w Gdyni, ćwiartka w Środzie Wielkopolskiej i pewnie jeszcze coś.

W Środzie natomiast mam nadzieję że wystartują również moi chłopacy, w triathlonie dla dzieciaków! Tak więc trzymajcie kciuki!

W przyszłym roku mam nadzieję że wrócę na trasy w Sierakowie i może do Poznania - które w tym roku odpuściłem z różnych względów.

Marzy mnie się ponowny start na pełnym dystansie. Ale tym razem pod szyldem IRONMAN. Może jest szansa na jego organizację w przyszłym roku w Polsce? Mam nadzieję że już niedługo dowiemy się!

A tak prezentują się najważniejsze moje medale które zawisły w nowym miejscu! ;)

To oczywiście tylko część z nich :D 

Warto przeczytać także