Dodano 2016-11-07 przez Jasiek Kowalski
Długo wyczekiwany koniec sezonu

Nie udał się koniec sezonu zaplanowany na połowę sierpnia. Ten czas przyszedł dopiero na początku października, a w międzyczasie po planowanym zakończeniu, była jeszcze połówka, ćwiartka i maraton. Nie wyszło to niestety na zdrowie. Od dłuższego czasu zbieram siły i staram się mobilizować do wyjścia na trening. Totalna niemoc i brak motywacji. Przynajmniej można zająć się innymi ważnymi, jeśli nie ważniejszymi sprawami.

Ale zacznijmy od początku, a w sumie od końca planowanego sezonu. Po Gdyni miał być koniec. Chłopaki z Velocity namówili jednak na start w Mrągowie. Szukali osoby do teamu, do klasyfikacji drużynowej. A że nie znaleźli nikogo innego, lepszego ode mnie :P no to pewnie ostatnią deską ratunku byłem ja ;) Dystans? Połówka…pffff, no nie uśmiechało mnie się. Dodatkowo na dwa tygodnie przed startem zacząłem odczuwać ból w plecach. Po wizycie u rehabilitanta okazało się że mam zablokowaną miednicę! Jak to przy kontuzji nałożyło się kilka czynników. Na szczęście udało się jakoś wszystko odblokować i w miarę naprawić.

Do Mrągowa kawał drogi. Jechaliśmy i jechaliśmy. Tak długo że moje plecy prawie znów się popsuły ;) Miejscowość urokliwa, jak to na Mazurach. Na miejscu wszystko co potrzeba: piękne jezioro, bliska strefa zmian, urokliwa choć zapętlona trasa rowerowa oraz bieg ścieżką spacerową tuż przy jeziorze. To miał być mój pierwszy start w cyklu Volvo Series Triathlon.

W dniu startu ciepło. Dojeżdżam do strefy zmian rowerem i tam go odstawiam. Pływanie na dwóch pętlach nawet jakoś bardzo nie dłużyło się. Czas w granicach tego co zazwyczaj pływam. Szybka strefa zmian i jadę już rowerem. Początek przez centrum miasta, potem wylot przez stację benzynową… poczułem się prawie jak na Challenge Poznań ;) tam z kolei trasa biegowa była bardzo urozmaicona ;) Dalej już całkiem fajnie, ale płasko to to na pewno nie było! Pierwsza pętla nawet całkiem szybka, druga też, na trzeciej zaczynam jakoś tracić siły i mobilizację bo na trasie pojawiają się zawodnicy z 1/4 którzy gonią tak że nie sposób ich dojść. Czwarta, ostatnia pętla już siłą rozpędu, byle do strefy zmian. Wreszcie bieganie, choć półmaraton do najkrótszych dystansów nie należy. Tutaj również 4 pętle. Na każdej z nich slalom gigant między plażowiczami którzy bardzo chcą się zintegrować z nami ;) Scenariusz biegu podobny jak na rowerze. Na szczęście punkty żywieniowe dwa na każdej pętli pozwalają dobrze nawodnić się i dają pretekst do krótkiego odpoczynku. Mój prywatny support spisuje się jednak najlepiej. Jabłka, banany, woda, izotoniki. Wszystko czego dusza zapragnie. Czwarta pętla to już agonia i modlitwa w jednym. Na mecie melduję się z czasem dalekim od oczekiwań… 5:44… pffff. Dochodzę do siebie pod drzewkiem po czym postanawiamy przedłużyć pobyt o jeden dzień, bo 7 godzin w drodze powrotnej jakoś nie uśmiecha mnie się jechać tego dnia ;)

 

Kórnik. O starcie w tym miejscu myślałem już rok temu ale jakoś nie udało się. Tym razem ćwiartka kusiła i była na pewno lepszym pomysłem niż połówka w Mrągowie. Jedynie pogoda nie napawała optymizmem. Pochmurnie, deszczowo, niezbyt ciepło. To miała być moja pierwsza ćwiartka w tym sezonie. Haha! Kiedyś jedyny rozsądny dystans na którym startowałem. Ten sezon jednak był pod znakiem LONG. W sumie startów niezbyt wiele ale wcześniejsze trzy połówki i prawie ;) pełen, poznański dystans to jednak zupełnie inna historia, inne przygotowanie, inne nastawienie i inna motywacja. Kórnik miał być krótki i szybki!

Pływanie poszło zatem nawet całkiem sprawnie. Jedynie woda śmierdziała okrutnie :/ 900 metrów w wodzie to jednak naprawdę niewiele, więc smród przez te kilkanaście minut dało się jakoś znieść. Dobieg do strefy zmian zlokalizowanej przy głównej ulicy miasta minął całkiem szybko mimo że krótki nie był. W strefie burza myśli jak się ubrać. Ciepło tego dnia na pewno nie było. Rozgrzany jednak w wodzie i dobiegiem postanawiam na krótko. Co tam. Krótka trasa to i krótkie ubranie ;)

Na początku dość mocno pojechałem potem jednak zweryfikowałem swoje możliwości i zdecydowałem się trochę odpuścić. Wiatr szarpał rowerem porządnie i zdecydowanie nie pomagał. Dwie pętle rowerowe wokół jeziora Bnińskiego udało się przejechać ze średnią nieco ponad 33 km/h. Szału nie ma. W debiucie miałem lepszy wynik niż teraz! 




Bieg. Trasa bardzo fajna. Chodnikiem, wzdłuż jeziora, w pewnym momencie nawet pomostem. Fajnie! Tempo cały czas poniżej 4:30 min/km. Nawet całkiem dobrze. Momentami nawet 4:20 i mniej. Dwie pętle podczas których ciągle mijało się zawodników. Można było kibicować bez przerwy, co też robiłem i wspierałem zawodników z Velo, a także innych znajomych na trasie. Ostatni odcinek ile fabryka dała i wreszcie meta na której znów długo dochodziłem do siebie.

2:35:15

 

Maraton poznański. To impreza w której biorę udział co roku ale tak jak wyżej wymienionych nie planowałem wcześniej. Zostałem jednak zaproszony do grupy peacemakerów - czyli biegaczy z popularnymi balonikami, którzy prowadzą innych biegaczy na z góry określony czas. Tym razem jednak nie mieliśmy baloników ale husarskie skrzydła :) Po raz pierwszy w zawodach w których do tej pory brałem udział z góry wiedziałem że nie będzie życiówki. Ale nie taki był cel. Celem było poprowadzenie innych. Ciekawe wyzwanie. I zarazem odpowiedzialność. Z Maciejem prowadziliśmy grupę na czas 4:00:00. Tuż przed startem podchodziło do nas sporo osób. Mówiliśmy o taktyce biegu, zakładanym tempie, etc. To był chyba jedyny sympatyczny moment tego biegu.




Czas 4 godzin wydawał się dla mnie bardzo bezpieczny i bez problemu osiągalny. I tak też było do 40 km… :/ Już na 17 km poczułem skurcze w nogach! I wtedy już wiedziałem że będzie ciężko. Jak kalejdoskop w głowie przeleciały kolejne kilometry i charakterystyczne punkty uzmysławiające mi jak daleko jeszcze do mety. Ale skąd te skurcze… odpowiedzi nie trzeba było daleko szukać. Zaniedbana suplementacja w ostatnim miesiącu, a tydzień przed maratonem dwa, ciężkie, górskie treningi. Do tego ciągle narastające startami zmęczenie i generalnie ciężki sezon który na długo zapamiętam.

No i tak na 40 km stanąłem mimo że do tego miejsca biegłem równo jak po sznurku. Wiedziałem jednak że tej mocy może nie starczyć do końca. I nie starczyło. Potężne skurcze w jednej i drugiej nodze. Już na kilka km przed feralnym 40 km osobom pytającym się o czasy dawałem do zrozumienia aby odpalali teraz i pędzili do mety. Przede mną były dwa zające, za mną jeden. Wszyscy z celem na 4h. Szczęście w nieszczęściu iż nieznajomy biegacz przejął ode mnie flagę, którą już chciałem zwijać… I tak to ostatnie 2 km pokonuję w bólach, poniżej zakładanego tempa. Bez radości, bez uśmiechu. Ze świadomością że zawiodłem. Ze złością. Otrzymany medal szybko zdejmuję z szyi i chowam. Bolesna lekcja którą chciałbym jak najszybciej wyprzeć z pamięci i zapomnieć…

 

Dopiero po miesiącu od tego startu powoli odzyskuję motywację do dalszych treningów.

 

A na zakończenie sezonu… :) BIEG NIEPODLEGŁOŚCI! już za kilka dni… 10 km... powinienem dać radę ;)


Warto przeczytać także