Dodano 2016-08-14 przez Jasiek Kowalski
Uśmiechnij się :) i walcz do końca

I znów jestem w Gdyni! Po raz trzeci na Herbalife, po raz drugi na IRONMAN 70.3. Dwa tygodnie wcześniej kończyłem długi dystans w Poznaniu (przestaję używać sformułowania pełen, bo nie był pełen - ale i tak było fajnie!) byłem ciekaw czy ten czas starczy na odpoczynek i regenerację. Kilka treningów w tydzień przedstartowy pokazuje jednak że jakaś tam MOC jest ;) Tak więc, może się uda!

W Gdyni meldujemy się w sobotę i wpadamy prosto z rodzinką na finisz dystansu sprinterskiego. Tym razem meta na plaży! Idealna lokalizacja, a atmosfera jak zwykle gorąca i wyjątkowa! Gdynia to jednak najlepsze miejsce w Polsce na triathlon, z bezdyskusyjnie najlepszą oprawą! Strefa expo tym razem na Skwerze Kościuszki, multum zawodników, kibiców, turystów. Pogoda również idealna! Czego chcieć więcej?

Na miejscu rower już czeka na mnie :P dzięki Koprowi który zlitował się i wziął ze sobą ;)

Odbiór pakietu, odprawa, wprowadzenie roweru do strefy zmian, odwieszenie worków - wszystko idzie nadzwyczaj sprawnie i już wczesnym wieczorem można kłaść się spać, by na rano być gotowym do startu. Sporo nachodziłem się tego dnia tak więc nogi trochę bolą i pakuję je w kompresy, może choć trochę się zregenerują. Aaa, jedna ważna rzecz! Mój numer startowy to 89. Jeszcze nigdy tak niskiego numeru startowego nie miałem! Oznaczenie sugeruje zawodnika PRO ;) tak więc bójcie się! Rower stoi tuż obok zawodowców, tak samo worki z rzeczami na zmianę. Ponoć to najlepsze miejsce w strefie zmian, umożliwiające najszybsze zmiany. Przekonajmy się! ;)

Noc w miarę spokojna, a pobudka wczesna - choć nie tak wczesna jak w Poznaniu dwa tygodnie wcześniej. Standardowo, owsianka z owocami i kawa. Naklejam tatuaż z numerem, wskakuję w strój startowy, dres i pędzę do Kopra który wraz z Kubą mieszka kilkaset metrów dalej. Czekam pod ich blokiem i czekam… aż wreszcie po kilkunastu minutach są! Już myślałem że czeka mnie 4 km bieg z rana pod strefę zmian ;) na szczęście byłoby z górki! ;) Dziewczyny podrzucają nas autem i pędzimy do strefy zmian. Wpadamy na 10 minut przed jej zamknięciem. Pracy sporo. Montaż bidonu na lemondce, uzupełnienie pozostałych bidonów, wpięcie torebki z żelami, batonami i magnezem, wpięcie butów SPD, sprawdzenie worków… A! I jeszcze ciśnienie w oponach! Na szczęście zawodnicy obok mają pożyczyć pompkę tak więc uśmiecham się do nich i wbijam świeże, morskie powietrze! ;) 9 atmosfer! Kończę równo z gwizdkami sędziów nakazującymi opuszczenie strefy. Teraz tylko wizyta w depozycie, wbicie się w piankę i jestem ready! 

Na plaży startuje już pierwsza fala zawodników PRO. Mnóstwo ludzi, taki widok z rana na plaży do chyba rzadkość. I nikogo z parawanami! ;) Atmosfera gorąca! Spotykamy jeszcze Macieja Stuhra który również tego dnia startuje. Przybijamy piątki i wbijamy się przez bramkę do strefy rozgrzewkowej. Woda w zatoce zimna! Brrr… serio! Trzeba się rozgrzać, więc postanawiamy się choć trochę przepłynąć. W międzyczasie startują kolejne fale zawodników. Przy starcie za każdym razem niezła pralka. Ale za to jest widowiskowo! :) W międzyczasie już kombinuję jak uniknąć pralki. Tym sposobem znów ustawiam się z tyłu po zewnętrznej stronie - jak na większości zawodów.

 

Fot: Airdronexpert - Aerial Filming & Photography 

START! Na początku jak zwykle spokojnie. Wpierw bieg po płyciźnie, potem im głębiej tym więcej maszerowania, wreszcie płynę! Szukam swojego miejsca i płynę po zewnętrznej. Niby dobrze ale czuję że tym sposobem nie będę płynął po optymalnej trasie. Trudno. Coś za coś. Na początku równo, płasko i bez fal. Im dalej tym woda zaczyna się marszczyć i falować. Do pierwszej, nawrotowej boi jest trochę ponad kilometr. Wreszcie skręt w lewo. Fale zaczynają delikatnie bujać, ale to nic w porównaniu ze startem w ubiegłym roku w Kołobrzegu. Kolejny skręt i płyniemy już z powrotem w kierunku plaży i portu. Teraz już naprawdę krótka fala zaczyna trochę przeszkadzać. Wali po głowie i próbuje zrzucić okularki ;) Do tego słońce mocno świeci i ciut razi. Ale to akurat lubię. Nawigacja nie jest najłatwiejsza ale jakoś udaje dotrzeć się do boi którą jako jedyną mijamy prawym ramieniem. Teraz już prosto do portu i pomostu który specjalnie dla nas zbudowano. Pod koniec trasy pływackiej poszczególne fale zawodników i kolory czepków mieszają się. Krótka mocna fala i odbicia słońca w wodzie nie ułatwiają widoczności. To nie to samo co w jeziorze czy na torze regatowym. Ten ostatni odcinek dłuży się strasznie. Wreszcie ostatnia boja kilkanaście metrów przed pomostem i dopływam. Łapię się wolontariuszy i ostrożnie podciągam się, a następnie wchodzę po stromych schodach. Natrysk w biegu spłukuje trochę sól z twarzy i pianki. Spoglądam na zegarek. 45 minut i 2100 metrów. No tak! Można było się tego spodziewać. Nie dość że długo to do tego wolno! Rewelacji nie ma, ale co tam! Zabawa najważniejsza! A im dłużej na trasie, tym dłuższa zabawa! ;)



Fot: Airdronexpert - Aerial Filming & Photography

Chwytam worek i lecę do namiotu. Tam chwila zawahania przy zdejmowaniu pianki. Jeszcze chwila i bym leżał! Kask, okulary, numer startowy. Worek z pianką odrzucam do wolontariuszy. Dobiegam do roweru, chwytam i lecę dalej. Faktycznie szybko w tej strefie dla PRO, ale czemu jestem sam i wszyscy już przede mną?! ;)

Za bramką wskakuję na rower. Wreszcie udaje mnie się to zrobić lepiej niż na ostatnich zawodach i w miarę płynnie jestem już w pełni zapięty. Wyjazd ze Skweru tak samo jak rok i dwa lata temu. Przy porcie, po lewej stronie widzę biegnącą Zosię z ekipą która kończy ultraHELp z dystansem ponad 100 km! Szacun! Na wiaduktach tracę już orientację i … chyba to już nowa trasa! Swoją drogą w Gdyni strasznie dużo tych wiaduktów! Raz z górki, raz pod górkę. Generalnie cisnę i wyprzedzam. Wreszcie opuszczamy Gdynię i rozpoczynamy pierwszy etap podjazdu. Jest bodajże 10 km trasy tak więc zgodnie z profilem trasy ciśniemy pod górkę. Lubię to! :) Asfalt jeszcze trochę mokry, ale nie przeszkadza to wcale. Pojawia się pierwszy ekran diodowy z pogodą i ostrzeżeniami. Pokazują słońce ale ono po chwili zachodzi i raczej jest pochmurnie, a na dodatek niezbyt ciepło. Po 20 km pierwszy bufet, szybka podmiana bidonów i jedziemy dalej! Dochodzę Kubę i szybko konsultujemy gdzie jest Koper. Obstawiam że gdzieś daleko z przodu! ;) Na tyle daleko że na pewno nie jesteśmy w stanie go doścignąć!



Fot: Maratomania

Trasa naprawdę piękna! Choć wiatr nie ułatwia jazdy. Jedziemy przez Kaszuby gdzie nazwy miejscowości na tablicach pokazane są również w dialekcie kaszubskim. W każdej mieścinie przez którą przejeżdżamy doping który naprawdę fantastycznie niesie. Na pierwszym ostrym zjeździe jadę trochę ponad 60 km/h i zaczyna brakować biegów! Już?! Na końcówce tego zjazdu widzę karetkę. Oj! Chyba trzeba zwolnić! Faktycznie! Ostry zjazd kończy się dość niespodziewanie i szybko. Tuż za nim ostry skręt o 90 stopni. To droga 218 z której skręcamy w 224. Jesteśmy pod Wejherowem. Dalej znów raz po górkę, raz z górki. Wyprzedzam Kasię dla której to drugi start na tym dystansie do którego długo się przygotowywała. Pozdrowienia i lecimy dalej! 

Trasa mija w miarę szybko i sprawnie mimo iż średnia prędkość nie powala. To raczej nie jest trasa na życiówkę ale za to naprawdę jest fantastyczna!

Kolejny bufet na 45 km. Na kolejnym odcinku mija mnie Boniek na swoim kosmicznym statku ;) Prędkość jak zwykle ma zawrotną i szybko oddala się. Dalej wyprzeda mnie Dawid Stronka i Marcin Suwart na tandemie. Ostro jadą! Szybko pozdrawiamy się. W końcu jako jedyni reprezentujemy VELOCITY TEAM! Potem wyprzedzam jeszcze Weronikę z którą kilka razy mieliśmy wspólnie przyjemność pojeździć na otwartych treningach z VeloSzosą. Powoli zmierzamy w stronę Gdyni i zaczynają się dłuższe zjazdy. I dobrze! Po 70 km czuję już mały kryzys i powoli zaczyna wychodzić jednak zmęczenie długim dystansem dwa tygodnie wcześniej. Wreszcie Orłowo i przejeżdżamy niedaleko naszego apartamentu. Pełen ogień i chyba maksymalna prędkość w granicach 64 km/h. Przełożenie 50/11, ponad 60 km/h, kadencja ponad 95 obrotów na minutę! Żyć nie umierać! Dalej stadion, to ponoć gdzieś w tym miejscu ktoś rozsypał pinezki na które załapało się wielu zawodników. Przykre, bo to już naprawdę niedaleko mety tego etapu. Niby czuję że to już koniec a tu jeszcze okazuje się że małą pętelkę trzeba zrobić zanim dojedziemy do strefy. Luzuję. Trzeba trochę odpocząć przed ostatnim etapem czyli biegiem.

Kręcę i kręcę, a końca nie widać! … wreszcie jest! Skwer Kościuszki. Zeskakuję z roweru, szybka strefa, odstawiam rower i biegnę po worek z butami biegowymi. Tutaj faktycznie wszystko było blisko siebie i czas zmiany całkiem przyzwoity. Czas etapu rowerowego 2:48 ze średnią 32,3 km/h.

No to lecimy dalej! Tzn. biegniemy!

Na początku mocno, chyba za mocno! Pierwszy kilometr w tempie 4:37 min/km, drugi 4:34. To chyba „wina” dopingu! Niesie kosmicznie! Kibiców multum! Wszyscy dopingują, krzyczą i mobilizują! Beczka na Świętojańskiej, delikatny kilometrowy podbieg… i BANG! Skurcz! No żesz Ty! Stoję. Naciągam. Łykam magnez ale chyba ciut za późno. Wreszcie, po chwili puszcza. Uff. Ale nie mogę już tak mocno biec bo czuję te mięśnie. Zwalniam do ok. 5 min/km. I tak już chyba będę musiał trzymać. Przy strefach żywieniowych zatrzymuję się na chwilę i łykam trochę wody, trochę izo i co tam jeszcze mają… pomarańcze, batony. Słońce zaczyna wychodzić i robi się naprawdę ciepło. Na szczęście nie wszystkie odcinki trasy biegowej są w słońcu, jest też trochę cienia. Dobiegam do deptaka tuż przy zatoce. Tam nawrotka i już w stronę plaży. OK. No to jeszcze dwa kółka. Będąc już przy marinie orientuję się że nie zauważyłem skrętu na plażę i dobiegu do mety. Przy następnym kółku trzeba o tym pomyśleć by na końcówce biegu dobrze pobiec! Niedaleko placu zabaw, po prawej stronie krzyczy do mnie Magda. A więc dojechali moi najwierniejsi kibice! 

Na drugim kółku po skurczu nie ma już prawie śladu więc dociskam mocniej. Wydaje się że powinienem biec szybciej ale tylko udaje mnie się utrzymać w miarę tempo 5:00-5:10. Atmosfera fantastyczna. Kibicują zespoły muzyczne, wolontariusze. Jest i Garnek Mocy który zadaje szybkie ale fundamentalne pytanie „Co Ty tutaj robisz?”. Widzieliśmy się dwa tygodnie wcześniej w Poznaniu. To powinien być czas na regenerację, a nie na kolejne ściganie. Odpowiadam tylko szybko… „Biegnę!” :))



Fot: Garnek Mocy

Od 16 km jest już coraz trudniej. Tempo spada i niespecjalnie wiem jak wykrzesać nowe siły. Od kilku kilometrów wiem już że nie złamię 5:30. No cóż. Trudno. Nie zawsze bije się życiówki… choć dla mnie to byłby pierwszy raz ;P Oby teraz dobiec w zdrowiu do mety i pocieszyć się samą rywalizacją. Genialną atmosferą w Gdyni którą tworzą kibice, wolontariusze i wszyscy których mijamy na trasie. 

Podczas tych ostatnich kilometrów zaczynam doceniać to czego udało się dokonać dwa tygodnie wcześniej. Pojawiają się myśli aby przejść już resztę dystansu albo choć odpocząć ciut dłużej na punktach żywieniowych. Teraz trzeba biec głową! Nie można tak łatwo się poddać! ;) Walcz do końca! Nogi i organizm mówią stop ale to jeszcze przecież tylko kilka kilometrów. Niezwykle mobilizujące są też napisy na chodniku i hasła autorstwa Herbalife - o pokemonach ;) o tym aby nie odpuszczać i takie tam ogólniki które zazwyczaj tylko wywołują u mnie uśmiech bo nie ze wszystkimi tak do końca zgadzam się. Ale tym razem biegnę i czytam. Od napisu do napisu. Wreszcie skręt w prawo i ostatnia prosta do mety. Kibice nawołują, a meta czeka! Te ostatnie metry są zawsze najwspanialsze! Dające najwięcej radości! Spikerzy na swoich miejscach witają wszystkich wbiegających. Są i piątki i wreszcie koniec. FINISZ. 5:33. Jest medal na szyi. W tym roku wyjątkowo ładny. ;) 




A za metą spotykam jeszcze pełno znajomych twarzy. Od Beaty dostaję zimnego Heinekena! Idealnie! Jest i Magda! :) Zawijam się do strefy finiszera. Arbuzy, pomidory! (nowość!) Potem jakaś zupa i piwko. Brakuje jakiegoś konkretnego jedzenia ale to nie problem. Przez cały bieg czułem zapach smażonych ryb i jedyne czego chciałem to smażonego dorsza! Gdynio - wygrywasz! To naprawdę najlepsza miejscówka triathlonowa miejscówka! Polecam! ;)

Fot: Maratomania, Airdronexpert - Aerial Filming & Photography, Garnek Mocy, materiały własne

Warto przeczytać także