Dodano 2016-07-29 przez Jasiek Kowalski
Long. Debiut na długim dystansie

Do tej rywalizacji przygotowywałem się długo. Najdłużej ze wszystkich dotychczasowych startów. W końcu dystans długi zobowiązuje! 226 km łącznie z czego 3,8 km to pływanie, 180 km rower, a 42,2 km to bieg. 

Zapisany byłem już rok temu, tak więc świadomość odpowiednich przygotowań była ze mną przez długi czas. Przez ten okres przygotowywałem się w miarę solidnie. Może jedynie długich wyjeżdżeń na rowerze powinienem zrobić więcej. Ale generalnie myślę że byłem gotów podjąć to wyzwanie :) 

Lokalizacja startu w Poznaniu tylko ułatwiała przygotowania. To z pewnością łatwiejsza logistyka, lepsze rozpoznanie tras, większy spokój oraz komfort w ostatnich dniach i godzinach przed startem.

Plany miałem bardzo wyważone. Tak jak w 1/4 dystansu Ironman życiówkę mam na poziomie 2:26, w 1/2 to 5:23 tak przy pełnym kalkulowałem czas na poziomie 13, maks. 14 godzin. Wielką niewiadomą było moje samopoczucie przy tak długotrwałym wysiłku. Do tej pory najdłuższe czasy miałem przy biegach ultra które wynosiły do 8 godzin. Ale przecież 12, 13 godzin to zupełnie inny wymiar! Na plus przemawiało jedynie to że w triathlonie mamy jednak urozmaicenie. Pływanie, rower i na końcu bieg sprawiają że każdy z etapów pokonujesz inną partią mięśni. Nie zajeżdżasz organizmu aż tak bardzo jak przy biegach ultra. Taką miałem i mam nadal tutaj teorię ;)

Założenia były zatem spokojne. Chciałem po prostu ukończyć. A więc pływanie na luzie w tempie ciut powyżej 2 min./100 m co dawało by ok. 1h 15 min. - 1h 20 min., rower ze średnią ok. 30 km/h (mocno poniżej moich możliwości) czyli ok. 6 godz., a bieganie tak jak wyjdzie i tyle ile będzie sił. 4 godziny byłyby tutaj rewelacją ale spokojnie nastawiałem się nawet na wolniejsze tempo. Chciałem się zmieścić przy tym ostatnim etapie w czasie 4h 30 min. może nawet trochę więcej. Zakładając że część dystansu będę szedł, szczególnie przy punktach żywieniowych. Limit czasowy ukończenia zawodów - 17 godzin był zatem całkowicie bezpieczny. 

Dzień zapowiadał się długi! 4:30 pobudka. 6:00 w strefie zmian. 7:10 start. ok. 20:00 na mecie.

Tylko że obudziłem się już o… 2:30 :)) dopadł mnie mały stres, w sumie już dzień wcześniej ale w nocy myślami byłem już na trasie. Ostatni raz takie nerwy miałem 4 lata temu przy debiucie w triathlonie. Przewracałem się z boku na bok, starłem się zasnąć bo wiedziałem że każda minuta snu jest cenna. Na szczęście porządnie spałem przez cały tydzień przed zawodami tak więc chyba już podświadomie przygotowywałem się na tę noc przedstartową.

Wreszcie wiedząc już że nie zasnę wstałem 15 minut przed budzikiem i zacząłem na spokojnie się przygotowywać. Na śniadanie wjechała klasyczna już owsianka z owocami i miodem oraz kawa. Zrobiłem sobie nawet drugą porcję na godzinę przed startem - tak na wszelki wypadek. Szybka check lista którą sprawdzałem już od… piątku ;) potem buziak śpiącej rodzince i 5:15 podjechał już kumpel Maciej z Beatą.

 

 

 

Po dojechaniu na Maltę odwieszenie worków na rower i bieganie - byle nie pomylić tylko który to który bo byłoby zabawnie później. Sprawdzenie roweru odstawionego dzień wcześniej w strefie T1 i można się przebierać. Zjadłem jeszcze trochę owsianki, co tam będę sobie żałował! W międzyczasie grają hymn Polski. Tak, tak - w końcu to impreza w randze Mistrzostw Europy. Jakieś takie dreszcze mnie przeszły bo można było poczuć się jak zawodowiec startujący co najmniej na olimpiadzie. Potem jeszcze zbiórka z ekipą WUEF TRI Club, pamiątkowe fotki i można już odkładać worek do depozytu i czekać na start. Dłuższą chwilę przed nami startują PROsi czyli zawodowcy, podzielenie na start mężczyzn i kobiet. Potem Age Grouperzy klasyfikowani w Mistrzostwach Europy, również podzieleni na płeć, a w kolejnej fali już my. 

 

 

 

Przechodzimy przez matę pomiaru czasu i zanurzamy się w „cudnej” Malcie. No cóż uczucie niezapomniane jak co roku ;) Woda koloru brunatnego, a po wejściu do niej smród spalin z motorówek. Życie. Dobrze że nie muszę trenować w takich warunkach bo można by zniechęcić się do pływania ;) Ale co tam będziemy się przejmować takimi drobiazgami. Dopływamy do linii startu, a tam czuć już prawdziwe emocje. Zawodnicy mobilizują siebie nawzajem, głośne okrzyki i życzenia powodzenia. To rzadkość na zawodach. Fajnie! Można było poczuć jakbyśmy byli jedną drużyną z jednym celem - dotrzeć do mety! Nic innego w tym momencie się nie liczyło. 

 

  

 

Strzał i lecimy. Spokojnie, ze świadomością że to pierwsze minuty z prawie tysiąca które przyjdzie nam spędzić na trasie ;) Trochę ciasnawo, a może źle się ustawiłem? Odbijam zatem do wewnętrznej aby złapać trochę miejsca i swobody. Jestem raz po jednej, raz po drugiej stronie bojek wytyczających tor regatowy. Staram się nie myśleć tylko płynąć… ale nie jest łatwo. Co chwilę kalkuluję sobie ile to jeszcze muszę przepłynąć, ile przejechać i ile przebiec. I jak to cholernie długo! Jak bardzo chciałbym być już po pływaniu, po rowerze, a w sumie to już na mecie z medalem :P

Mijamy pierwszą dużą białą boję, potem drugą i wszyscy skręcają w prawo. Spoglądam na zegarek. 1400 metrów! Kur… to niemożliwe! Za mało! A może GPS nawalił? Spoglądam jeszcze raz. Nie, czas się zgadza, czyli dystans też. Przystaję na chwilę. Coś jest przecież nie tak. Z czystej matematyki wynika przecież że nawrót powinien być po niespełna połowie dystansu a nie po 1,4 km. No ale wszyscy płyną jakby mieli już zawracać zaraz i płynąć na metę. Przecież ledwo co zrobimy 3 km, może ciut więcej ale nie będzie to 3,8 km tak jak powinniśmy przepłynąć. Szukam jeszcze jakiejś innej dalszej boi ale nic dużego nie widzę. W sumie tak jak mówiono na odprawie, za drugą dużą boją skręciliśmy w prawo, czyli niby dobrze. No szlag! Przecież jest niedobrze, za krótki dystans. Ale nic płynę zatem jak wszyscy. Może ktoś nie domierzył dystansu? Ale na Mistrzostwach Europy?! Od teraz do mety etapu pływackiego towarzyszy mi już wkurzenie i ciągła kontrola przepłyniętego dystansu. Swoją drogą to zabawne. Startujesz na długim dystansie który ma 226 km i już na jego początku narzekasz że zabawa będzie o 800 metrów krótsza. Tak jakby już na początku było Tobie mało :P

Słońce zaczyna prześwitywać przez chmury i świecić prosto w twarz przy nabieraniu powietrza. Płynie się całkiem komfortowo i luźno, prócz tych myśli o krótszym dystansie. Cóż, trzeba o tym zapomnieć i robić swoje. Wreszcie powoli widzę już pomosty i trybuny przy hangarach. Dobijamy do wielkiego ekranu diodowego na którym widać transmisję i moment wyjścia z wody innych zawodników. W sumie fajny patent, płynę i nabierając powietrza oglądam sobie transmisję! :) Ekstra! Na ekranie widać dokładnie którędy wyjść z wody tak więc nie muszę się niczego domyślać. Wreszcie koniec. Dopływam. Wolontariusze pomagają wyjść z wody. Wychodzę. Czas: 1 godzina i 8 minut. No pięknie! :)) 

Przy wybiegu trochę boję się o ewentualne skurcze ale jest dobrze. Zaczynam trochę biec by się rozruszać. 

 

 

 

Wpadamy do strefy z workami, biorę mój i lecę do namiotu się przebrać. Tam spoglądam spokojnie na zegarek. 3050 metrów. Jeszcze krótka wymiana zdań z innymi zawodnikami ile im wyszło ale jest podobnie. Czas rewelacyjny! 1:07. No rewelacyjny, skoro 800 metrów mniej! Chrzanić to, już nic nie poradzę. Popłynąłem jak wszyscy inni. Żadnej innej dalszej boi nie było widać, a nawrót był po boi zgodnie z informacją na odprawie. Z umiarkowanym spokojem przebieram się, zrzucam piankę i zakładam inne rowerowe akcesoria. Na wszelki wypadek miałem w worku jeszcze strój kolarski ale nie zakładam go. Lecę w nowym TRI stroju od WUEF’u. Wydaje się że jest OK, nie mam żadnych obtarć. Dolatuję do roweru, a w międzyczasie wciągam pierwszy żel. Trochę biegnę, trochę idę. Przez cały czas hamuję się aby się nie ścigać. To nie dystans na ściganie! To dystans na przeżycie! ;)

Dobiegam z rowerem do belki startowej i wskakuję na rower.  Wsuwam prawą nogę we wpięty już but przypięty do pedałów. Z drugą nogą mam problem ale odczekuję aż się trochę rozpędzę. Gwałtowne ruchy i nachylanie się teraz może spowodować niepotrzebny skurcz. Przed warszawską udaje mnie się w pełni wszystko wsunąć i dopiąć. Coś długo mi to zajęło. Ale co tam ;)

Jadę! No to teraz 4 kółka po 45 km każde. Staram się ustalić równe, spokojne tempo. Pierwsze kółko mija w miarę szybko ze średnią ok. 31 km/h, drugie to ok. 32 km/h. Do Kostrzyna wolniej, bo delikatnie pod wiatr. Z Kostrzyna szybciej, z wiatrem. Pogoda w sam raz. Słońce gdzieś tam prześwituje ale temperatura jest optymalna, ok. 22 stopni. Na początku dystansu mija mnie prowadzące auto z zegarem. Za nim kilku PROsów w tym Mikołaj Luft. Jadą naprawdę mocno, powyżej 40 km/h. Przez pierwsze dwa kółka odżywianie idzie jak po maśle: woda, izo, batony, banany. Jest OK. Kibice na wysokości wjazdu do ZOO szaleją, tak samo na Rondzie Śródka. Ten doping niesie fantastycznie. A na tych odcinkach czuję że jadę mocniej, a puls idzie do góry. Czasem mijamy się ze znajomymi w tym z zawodnikami z WUEF’u i jest jakoś raźniej, bo tak naprawdę ten rower to strasznie indywidualny i samotny jest. 

 

 

 

Mijam 90 km i powoli odczuwam że energia ze mnie zaczyna uciekać. Jest jeszcze okej ale nie ma już tej świeżości co na początku. Prawdziwe schody zaczynają się wraz z rozpoczęciem czwartego, ostatniego kółka. Od tego momentu nie specjalnie mogę cokolwiek pić. Ani woda, ani izo. Nie mówiąc już o jedzeniu. Próba ugryzienia batona albo żelu powoduje że mam odruch zwrotny. Coś jest nie tak ale nie wiem co. W sumie to dystans gdzie każdy kilometr jest powyżej tego co jeździłem maksymalnie na treningach. Dotąd jedynie do 130 km. Teraz mam już mocno powyżej, a meta tego etapu to 180 kilometr. A może to niedawna zmiana izo i żeli, ale przecież jeździłem na nich trochę i było ok. No właśnie może to trochę to było za mało.

 

 

 

Jakoś posuwam się naprzód, co chwilę rozprostowując, zmieniając pozycję, luzując. Przy nawrocie w Kostrzynie udaje mnie się przegryźć pół banana. Generalnie zauważam że z naturalną żywnością, owocami nie mam takiego problemu jak z izo, żelami czy batonami. Każdą okazję jazdy z górki wykorzystuję aby już nie kręcić. To nie w moim stylu. Ale tak mam choć nadzieję że dojadę do końca tego etapu. Generalnie czuję się słabo i z chęcią bym już się zatrzymał. Wiem jednak że to niezbyt dobry pomysł. Kręcę. Co chwile spoglądam na Garmina, który to już kilometr i ile jeszcze do mety. Pojawiają się u mnie raczej czarne myśli odnośnie dalszej rywalizacji. Czyli zaczynam mieć problem z psychiką i głową. Trzeba to przewalczyć! Wreszcie dojeżdżam do Ronda Śródka. Ktoś kiwa do mnie ale nie rozpoznaję, jadę dalej. Nawrót. Znów Śródka. To Magda! Staję. Wypinam się z pedałów. Pyta co u mnie. Odpowiadam że mam już dość. Nie skończę! Nie mam sił! Przecież muszę dojechać jeszcze do T2 a stamtąd jeszcze 42,2 km biegiem. Cholera, nie dam rady! Patrzy na mnie i mówi coś jak nie ona. Że co ja pierdzielę! Że mam się wziąć w garść! Raczej nigdy nie namawia mnie do dłuższych treningów. Wręcz odwrotnie. Teraz jest inaczej. Widać że zależy jej abym ciągnął to dalej. Pyta co zjem. Ma jabłko. Zazwyczaj nie jem jabłek ale jakoś kuszę się na nie. Z każdym gryzem jest lepiej. Nie do wiary! Ta przerwa trwa ok 5-6 minut. Jakoś biorę się w garść. Mówię jej że skończę etap rowerowy, wbiegnę do T2 i postaram się trochę pobiec. Zobaczę potem co dalej. Umawiamy się na ok. 3 km trasy biegowej przy PKS’ie. Zamawiam u niej colę, kawę i kanapkę z Subway’a. Kręcę dalej. Jakoś turlam się do końca tego etapu. Zsiadam z roweru. Bez skurczy. Jest nieźle. Wolontariusz odbiera ode mnie rower. Czas tego etapu 6 godzin i 11 minut.

 

Biegnę! Jak to? Przecież jeszcze przed chwilą miałem dość! Chciałem skończyć! Jestem jak na automacie. Wpadam do T2, wcześniej worek. Chwila przerwy, buty biegowe, daszek, sprawdzam zapas żeli na pasku startowym, toaleta i lecę dalej. Pierwszy kilometr w tempie 5:10!!! Nie wierzę! Czuję się jakby dostał nowej energii. Jakbym pospał sobie z 2 godzinki i wrócił na trasę. Że to przez jabłko?! Może. Ale na pewno wielka w tym zasługa wymownego spojrzenia Magdy i zmobilizowania mnie do dalszej rywalizacji. Drugi kilometr również całkiem szybki. Dobiegam do ulicy JPII. Nie wierzę! Jak to?! Mamy biec dalej po chodnikach, a przedtem przez przejścia dla pieszych gdzie policjanci zatrzymują ruch? To chyba jakiś żart?! Śmialiśmy się z tego na ostatnim obiegu trasy z Markiem Dembińskim. I co? Wyszło na to że tak mamy teraz biec. Trudno. Nie ma co się przejmować „drobiazgami”. Trzeba napierać ;)

Wreszcie punkt żywieniowy. Trochę izo, trochę wody. Lecę na spotkanie z Magdą. Tam czeka na mnie cola, kawa i kanapka! Wreszcie jest! Mówi że wyglądam lepiej. Że odżyłem. Bo tak jest. Piję kawę, potem colę, następnie jem kanapkę. O, tak! Tego mi brakowało. Magda mówi że przejdzie lub przebiegnie ze mną kawałek do Chwaliszewa. OK! Na moście mówię nawet już do niej że pobiegnę. Zbyt długi odpoczynek. Muszę biec! W końcu jeszcze 40 km przede mną. Jestem przy kontenerach. Tutaj umówiłem się z Magdą na przerwę podczas następnego kółka. Teraz biegnę w kierunku Starego Rynku. Mijam nawrót dla zawodników z połówki i biegnę dalej. Wbiegam na Stary. Tam mega wrzawa. Genialny doping! Kibice albo i nie kibice przy piwku w ogródkach. Niektórzy pokrzykują inni kiwają. To co daje się zauważyć to fakt że chyba ponad połowa zawodników to obcokrajowcy. Faktycznie widać że to impreza rangi międzynarodowej. Są i zatem kibice z zagranicy. Najbardziej żywiołowi są ci z południa. Chyba Portugalczycy.

Dobieg do Paderewskiego i tam nawrót. Przedtem jednak trzeba się zmierzyć z małą górką i tą cholerną kostką brukową. Trzeba mega uważać. Nawrót. 

 

 

No to zaczynamy pierwszą pętlę. Łącznie trzeba ich zrobić cztery. Cholera, dużo! Dużo i długo! Doskonale zdaję sobie sprawę z czasu który spędzę na tej trasie. Przy zbiegu spotykam Piotra Tomczyka. Fajnie że tak dużo jest znajomych kibiców! Powoli dobiegam do kontenerów. W międzyczasie przebieg przez Garbary. Tam naprawdę radosna twórczość odnośnie zabezpieczenia trasy. Policjanci kierują ruchem. Raz wstrzymują ruch aby zawodnicy przebiegli, raz puszczają. Niektórzy biegną chodnikiem, inni ulicą. Ładny galimatias! Wreszcie kontenery. Tam czeka Magda… z piwem! Zatrzymuję się niedaleko punktu żywieniowego tak aby sędziowie się nie doczepili za pomoc z zewnątrz. Trochę wzbudzam zainteresowanie tym piwkiem ale to naprawdę było tylko kilka łyków. Musiałem! :) Jeszcze kończę kanapkę i lecę dalej. Most Rocha, potem Królowej Jadwigi. Następnie przebieg mostem na drugą stronę rzeki i jeszcze odbicie w prawo do klubów wioślarskich. Tam beczka i w kierunku Politechniki. Tutaj nawierzchnia jest coraz gorsza. Taki mały trail. Ale jak na maraton to naprawdę to nie jest dobre bieganie po czymś takim. Trzeba uważać bo nie jest równo, a skurcze tylko czyhają aby zaatakować.

 

 

Po drodze spotykam jeszcze Garnek Mocy. Krótkie przywitanie i lecimy dalej. Następnie podbieg do Mostu Rocha i punktu żywieniowego. Tutaj za każdym razem będę szedł. Na punktach woda i izo. Ponadto biegnę zawsze z butelką i oblewam się. Przed PKS’em kurtyna wodna, jeszcze jedna naprzeciw katedry. Za każdym razem korzystam. I znów kontenery. To jeden z fajniejszych odcinków całej trasy. Kibice dają jednak kopa! Przy dobiegu do Starówki spotykam rodziców z moimi chłopakami. Ale niespodzianka! Biorę butelkę wody i lecę dalej. 

 

 

 

Nawrót na Paderka i drugie kółko. Przy kontenerach duszkiem wypijam całą colę. Ale mi dziś to wchodzi! Pod mostem Rocha spotykam Marcina Suwarta i Dawida Stronkę. Dopingujemy się nawzajem. Ale ten maraton długi! Od tego momentu powoli nie kojarzę już szczegółów i napotkanych osób ;) jakoś wszystko zlewa się i kulam się już odliczając kilometry do mety. Kojarzę jeszcze przelatującego jak błyskawicę Emila Piosika i uczestniczącego w sztafecie Przemka Walewskiego.

 

Przy kolejnym, trzecim, przedostatnim kółku zdaję sobie sprawę że niektórzy już zaczynają kończyć. Ale mają fajnie! Ja natomiast muszę już łykać magnez bo czuję jak mięśnie zaczynają ciągnąć. Nie jest jeszcze źle ale trzeba uważać. Miła wolontariuszka przy Politechnice pyta się jeszcze czy już kończę. Niestety. Albo stety. Jeszcze raz będziemy się widzieć. Przy kontenerach stoją superbohaterowie i rozdają piątki mocy. Oj, będą pomocne. Sił już coraz mniej. Na balkonach też kibice w tym Ania Ranoszek która dziwi się że jeszcze tyle mi zostało :P Spotykam też Nat z Warszawy z banerami „jesteś świeży” i „zaciesz”. Uśmiech pojawia się natychmiastowo! Chwilę biegnę z jednym zawodników z połówki który kończy, mobilizujemy się trochę bo raz jeden chce stawać raz drugi ale nie dajemy się. Trzeba walczyć!

 

No to mamy ostatnią, czwartą rundę. Przy kontenerach widzę się jeszcze z Magdą. Ostatnie pożegnanie przed metą :P Wiem że dam radę i dobiegnę do mety. Lecę. Czasem idę ale generalnie staram się biec. Jak już biegnę to tempo mam przyzwoite, pięć z groszami na kilometr. Pocieszenia dodaje fakt że teraz każdy mijany punkt widzę już po raz ostatni. To mobilizuje! Staram się uśmiechać do wszystkich wolontariuszy i dziękować im za robotę. Ilość punktów żywieniowych była naprawdę duża, a ich zaopatrzenie naprawdę świetne. Ponadto świetna praca wolontariuszy. Tyle godzin pomagali nam abyśmy mogli bawić się i ukończyć te zawody. Szacun! Ostatnie 2, 3 kilometry staram się już ciągiem przebiec. Stary Rynek! Yeahh! Ostatni podbieg pod Paderka jest już naprawdę bolesny, czasem nawet zastanawiam się czy iść czy biec bo czuję już mocne skurcze. Na szczęście pozwalają jeszcze biec. Widzę już fontannę! Czerwony dywan! Zamiast schodów przed fontanną są podesty. Niektóre z nich tak jakoś bokiem już przebiegam bo są strome, a ja już ledwo biegnę.

 

 

Trybuny! Widzę Magdę i chłopaków!!! Przystaję. Piątki. Buziaki. Uśmiech od ucha do ucha. Są i Bonieccy z Warszawy! Czas zakończyć tą rywalizację. Spoglądam na linię mety, a tam stoi Koper (Maciej Koprowski) z medalem i czeka na mnie! WTF! Ale niespodzianka i radość. METAAA!!! Koniec! Koper daje medal i strzela fotkę na zakończenie!

 

 

 

Czas: 12 godzin, 19 minut, 28 sekund.

 

 

 

W międzyczasie trwa dekoracja zawodników. Nikogo z oficjeli ani nawet speakera na mecie nie ma. Trochę dziwnie! Rok temu była pełna obsada. Teraz nikogo. Ale niepotrzebni mi oni. Najważniejsze że jest rodzina, przyjaciele i znajomi!

 

Opieram się o barierki i łapię oddech. Jestem naprawdę skonany. Są i rodzice których miny są nietęgie. Mówią że pomoc mi potrzebna, a tu chłopaki podają browary! Trochę piję ale tylko pojedyncze łyki. Mam drgania wszystkich mięśni. Eee tam. Miną! :) Chwilę później ekipa namawia mnie by w namiocie medycznym podali mi kroplówkę. Niestety nie kwalifikuję się. Ciśnienie w normie: 120/70. Wychodzę z namiotu. Dostaję od Pawła Bonieckiego bluzę bo zaczynam trząść się trochę. Przy wyjściu ze strefy strzela szampan i Paweł oblewa mnie nim! Haha! Ale dobrze!

Szampan na zakończenie IDEALNY!

 

 

Co dalej?

W tym sezonie jeszcze 70.3 IM w Gdyni.

 

A czy będzie kolejny pełen dystans?

Ponoć na Rondzie Śródka mówiłem Magdzie że to koniec, dystans dla wariatów, etc.

Ale wiecie co? Chciałbym jeszcze raz spróbować na pełnym dystansie. Ma coś w sobie on magicznego i uzależniającego. Ale chciałbym aby były to zawody z serii IRONMAN. Może niedługo będzie po raz pierwszy w Polsce IM na pełnym dystansie? Jeśli tak, zapisuję się! :)

 

 

Zdjęcia: Maratomania, WUEF, Garnek Mocy, materiały własne

Warto przeczytać także