Dodano 2016-06-08 przez Jasiek Kowalski
Triathlon Sieraków po raz czwarty

I znów historia zatacza koło. Wracam do Sierakowa w którym wszystko się zaczęło. Czwarty rok startów i czwarty start w tym miejscu. Ponadto to drugi start w Sierakowie w połówce, a dwa wcześniejsze starty to ćwiartki... a więc to pełen dystans zrobiony już w tym miejscu! :)

No właśnie... pełen dystans... do którego zostały już niepełne dwa miesiące. 2016 ETU Challenge Poznań is coming! Tym razem do pokonania będzie za jednym razem. Na szczęście limit 17 godzin daje szanse na ukończenie.

Ale wróćmy do Sierakowa.

Tym razem na te zawody udaję się bez rodzinki. Dojeżdżam w sobotę popołudniu z Maciejem z którym ostatnio trochę trenujemy. Atmosfera w ośrodku OKO chillowa :) jedno piwko, potem drugie, potem udajemy się po pakiet startowy i na odprawę z której po tej ilości startów i odpraw już trudno wyłuskać jakieś cenne, nowe informacje. No ale trzeba być. Taki rytuał! W międzyczasie jak to zazwyczaj bywa na zawodach poznaję kilka nowych osób - taki sierakowski networking :P A więc poznaję Adama z Otimedici oraz Kajetana z Fly Board razem z ich dziewczynami. 

Osoby startujące tego dnia na dystansie 1/4 trochę straszą nas pogorszeniem trasy rowerowej poprzez dziury w nawierzchni oraz zmianą trasy biegowej i prawdziwym leśnym trailem. Sprawdzimy jutro! 

Na koniec dnia odstawienie roweru do strefy zmian, a tam spotykam kolejnych znajomych z Wawy: Natalię i Fabisza, krótka pogawędka i można powoli myśleć o udaniu się na senną regenerację.

Poranek bardzo wczesny. Wstajemy tuż po szóstej. Prysznic i schodzimy, dzięki uprzejmości lokalnej kucharki, na kuchenne zaplecze ośrodka. Tam wśród wielkogabarytowych garów, piecy i lodówek robimy owsiankę. Śniadanie które ma nam dać siły na cały dzień. 

 


Owsianka ostatnio rządzi nie tylko przed zawodami ale również przed mocniejszymi treningami!

Tuż przed startem pozostaje już tylko udać się do strefy zmian. Tam jak zawsze nerwowa krzątanina. Zagadką jest niestety pogoda. Już dzień wcześniej ostrzeżenia przed burzami dają trochę do myślenia. Na szczęście tego dnia burzowo nie wygląda, jedynie gęste deszczowe chmury przetaczają się nad naszymi głowami. Może padać... no i faktycznie tuż przed startem w trakcie krótkiej rozgrzewki w wodzie faktycznie zaczyna kropić. W wodzie to nie będzie przeszkadzać ale na rowerze może już być niewesoło. Mój start zaplanowany jest w trzeciej fali o 9:20. Już po przejściu przez matę do odczytu chipów spotykam znajomych z mojej grupy wiekowej w tym Wojtka z MEDtube. Po krótkiej wymianie zdań pozostaje mi tylko spokojnie wycofać się do ostatnich rzędów i oczekiwać na start. Moje pływanie jest jakie jest. Po prostu płynę :) Spokojnie. Na luzie. Wychodzę z założenia że potem mam więcej sił na rower i bieganie :P

 

 

Sygnał startu, a więc przygoda zaczyna się! Spokojnie wbiegam do wody i zaczynam etap pływacki, czyli 1900 metrów. Na początku spokojnie szukając własnego miejsca w grupie. Po pewnym czasie udaje mnie się popłynąć tuż za jednym z zawodników, choć nie wszyscy pilnują nawigacji i nagle dosłownie w poprzek mojego toru ktoś przepływa i wpływam na niego. Tuż przedtem dostaję z łokcia po głowie. Oj, zabolało. Oby to już koniec przygód podczas tego etapu. Płynę swobodnie, równym tempem. Daje się jedynie zauważyć coraz mocniej padający deszcz który momentami przechodzi w ulewę. Wszystkie boje mijam maksymalnie blisko i nie wypadam z rytmu. Najbardziej dłuży się odcinek od drugiej do czwartej boi, czyli ten de facto najdłuższy. Ma pewnie z 1000 metrów. Za ostatnią boją zaczynają mnie wyprzedać zawodnicy którzy wystartowali 10 minut po mnie. Czyli… :) czas w normie, jak zawsze. Wreszcie dopływam do brzegu, delikatne zawahanie po złapaniu gruntu i można już biec. 

 

 

Kibiców jakby mniej niż rok temu, chyba przestraszyli się trochę deszczu, ale bojowych okrzyków nie brakuje! Przed nami podbieg, ten który na etapie biegowym będziemy jeszcze pokonywać czterokrotnie. Górę pianki zrzucam dopiero po wbiegnięciu na płaski odcinek. Wbiegam do strefy zmian. Moment zawahania po dobiegnięciu na autopilocie do roweru… ale chwila, przecież to nie mój! A! Jeszcze jeden stojak dalej! Uff… znaleziony.

Ależ musiało mocno padać! W butach rowerowych przypiętych do pedałów woda, okulary całe mokre, a po ich założeniu nic nie widać. No nic, będą musiały osuszyć się podczas jazdy rowerem.

 

 

 

Wybiegam ze strefy, a za belką wskakuję na rower. Na początek spokojnie. Aby nie odezwały się skurcze mięśni - z tym bywa u mnie różnie i muszę uważnie do tego podchodzić. Na szczęście początkowy odcinek etapu rowerowego jest z górki i można spokojnie się rozkręcić. Jest mega mokro. Po niepełnym kilometrze mój rower wygląda jakbym go wyciągnął z jakiś szuwarów. I po co to czyszczenie roweru przed startem? Bez sensu! ;) Pierwszy zakręt o 90 stopni i już widzę pierwsze leżące rowery, a zawodników w karetce. Po upadku na treningu w ubiegłym roku wiem co to znaczy ostrożniej wchodzić w zakręt, szczególnie jak ma się gładkie opony. Nie ma co szarżować! Może zyskasz sekundę, dwie, ale również dobrze możesz stracić kilka minut lub w ogóle być zmuszonym zrezygnować z dalszego startu.



Trasa kolarska w Sierakowie jest przepiękna… przepięknie pofalowana i pagórkowata :) Są delikatne podjazdy ale są też i piękne szybkie, długie zjazdy. Generalnie można się zmęczyć! Tym razem postawiłem na porządne odżywianie podczas tego etapu. Dużo solidniejsze niż na wcześniejszych startach. A wszystko to mając na uwadze lipcowy pełen dystans. Tak więc podczas tego etapu wciągam trzy żele, dwa shoty magnezowe, baton, kawałek banana no i oczywiście cały zapas wody czyli ponad litr i izo. Jak na mnie sporo. Na tyle dużo że na ostatnim, czwartym kołku musiałem zaliczyć toitoi’a… ale to ze względu na płyny. Na szczęście postój jak w pit stopie. Szybki. Nawet super-wolontariusz przytrzymuje w tym czasie rower i załatwia jeszcze żel. Idealna obsługa i pomoc. Dzięki!

 

 

 

Odnośnie poziomu zawodników, zauważyłem że to już nie zawody sprzed 4 lat, gdzie praktycznie bez przerwy wyprzedzałem. Poziom mocno poszedł do góry. Wyprzedzam ale i jestem dość często wyprzedzany. Cieszy że na podjazdach jestem ciągle mocny i tutaj nie daję się tak łatwo.

 

 

Na ostatnim kółku wyprzedza mnie Maciej i mówi że zaliczył porządną glebę, szlifa oraz wizytę w karetce. Krew na kierownicy, podarty strój, opatrunek na ręce, etc. Ale to twardy zawodnik! :P Niestety kontuzja której nabawił się na wiosnę jest na tyle poważna że planował odpuścić etap biegowy ale za to miał być pełen ogień na rowerze. I był!

Wreszcie ostatnia, dłuuuga prosta i dojeżdżam do belki. Zeskakuję i pędzę do strefy zmian. Odstawiam rower, zdejmuję kask, zakładam buty biegowe i heja!  

Teraz po 90 km na rowerze (choć tak naprawdę wyszło tylko 86 km) pozostało już tylko 21,1 km po lesie ;)




Wybiegam ze strefy i od razu trafiam na krzyk i pisk kibiców. Dostrzegam Dianę potem Kasię. przybijamy piątki! Wielkię dzięki dla Was! Tylko spokojnie powtarzam sobie. Aby rozruszać mięśnie i nie przepalić pierwszego kilometra. Przy wybiegu na pierwsze kółko jeszcze spoglądam na zegarek i sumaryczny czas. I co ja tu widzę?! 3:30 z minutami! Zapowiada się zdecydowanie zejście poniżej 5:30! Pierwszy kilometr nie wychodzi wcale spokojnie. Jest 4:45 min/km. Muszę zwolnić. Etap biegowy podczas tych zawodów również planuję przebiec spokojnym, równym tempem i mieć szczególne baczenie na odżywianie. Początek biegu jest z pewnością po tej samej trasie co zawsze. Jedynie później okazuje się że wybieg na ścieżkę prowadzącą wzdłuż asfaltu do Sierakowa jest jakby dalej. Zanim to nastąpi dobiegam do partyzanckiego punkt z wodą i kibiców VeloCity, a więc jest i Bartek oraz Emil. Następnie po wspomnianej już ścieżce z kostki brukowej - na której dzielnie kibicuje Garnek Mocy. Tam spotykam również Macieja który zgodnie z przypuszczeniami po pierwszym kółku wycofuje się z rywalizacji. 




Dalej wbiegamy faktycznie w jakiś nowy, leśny rejon który niedawno poddany został ścince. Jest więc trochę korzeni, gałęzi, piachu. Ale to nie problem! Na co dzień biegam po lesie więc te warunki są bardzo zbliżone do tych których doświadczam na większości treningów. Potem trochę zakrętów i dobiegam do punktu odżywczego, tam oczywiście żelik i zaczyna się prawdziwy sierakowski trail. Podbiegi wśród korzeni, zbiegi do plaży (przy których pięknie słychać odgłosy ze stadionu i lini mety) i najlepszy odcinek :) ostry podbieg pod górę, ten sam którym dobiegamy do strefy z etapu pływackiego. Większość idzie tutaj i biegnie jak już się wypłaszczy. Ale nie ja! :) To najlepszy trening, sprawdzian na ile przepracowało się zimę i technikę podbiegów. A więc zgodnie z ostatnimi radami Macieja, pochylam się delikatnie do przodu, zdrabniam krok i powoli pnę się do góry. Wreszcie płasko i można dobiegać do stadionu na którym zlokalizowana jest meta. Ale meta jeszcze nie teraz. Jeszcze trzy kółka. Każde po ok 5 km. Drugie i trzecie przebiega całkowicie pod kontrolą. Na każdym z nich wspomniany podbieg jest zadaniem z gwiazdką które muszę pokonać w biegu. Nie ma mowy o przejściu do marszu! ;)



Wszystkie okrążenia z GENIALNYM dopingiem publiczności, która daje moc i siłę! Zarówno tempo, jak i odżywianie wszystko zgodnie z planem. Przy każdym kółku przebiegając obok zegara kalkuluję sobie spokojnie czas na mecie. Na czwartym, ostatnim kółku postanawiam zdecydowanie przyspieszyć. W basenie na mecie wyleguje już się Fabisz i z piwem w ręku dodaje energii na ostatnie okrążenie. Są siły, jest dobry czas, plan równego, przyzwoitego tempa zrealizowany. Więc pozostaje teraz włożyć tyle sił ile pozostało i z uśmiechem wbiec na metę. 

Zatem jest i ona. Ostatnie okrążenie mija naprawdę szybko. Przed metą na bieżni czekają dzieciaki na wbiegających zawodników i przybijają piątki. Czemu nie?! Tu już biegnę naprawdę sprintem - jak na bieżnię przystało. 5:23:59! Życiówka?! Tak by wychodziło ale biorąc pod uwagę krótszy etap rowerowy (o 4 km) i biegowy (o ok 1 km) to jest jednak powyżej 5:30. 

 

 

 

Ale w sumie to nieistotne, to nie był start na wynik. 

Jest dobrze. Bardzo dobrze. Jestem w dobrej kondycji przed najważniejszym startem tego sezonu. Jeszcze nigdy z takim spokojem i dobrym samopoczuciem nie przekraczałem lini mety na tym dystansie.


Foto: Bike Life, Garnek Mocy, materiały własne

Warto przeczytać także