Dodano 2016-04-20 przez Jasiek Kowalski
Poznański aquathlon

Niektórzy mówią że piątka jest pechowa. A ostatni 9. poznański półmaraton był moim piątym startem na tym dystansie w Poznaniu. Pierwszym startem w półmaratonie był natomiast… 5. poznański półmaraton. Tak więc jakby nie patrzeć same piątki. 

Z każdą połówką lepszy wynik. Od 2:02:08 po 1:37:22 w zeszłym roku. A w tym? W tym miało nie być ścigania i walki za wszelką cenę o wynik… no ale znów się chyba nie do końca udało. 1:34:46 :) Na tym dystansie ściganie wychodzi jakoś automatycznie. Powiem więcej, po tym biegu stwierdziłem iż półmaraton to zdecydowanie mój ulubiony dystans. Nawet nie chodzi o wyniki które przy okazji uda się osiągnąć. Po prostu dobrze czuję się biegnąc w półmaratonie. 10 km to jakoś za mało. Niby powinno być lepiej bo krócej i przecież można jeszcze bardziej docisnąć, ale jakoś te starty nigdy nie wychodzą mi tak jakbym tego sobie życzył. Utwierdziłem się jeszcze bardziej w tej tezie w tym roku, biegnąć 11 km w Endu Winter Family Run. Dwa kółka wokół Malty. Niby nic wielkiego ale w marcu pokazałem się ze słabej strony. Z kolei bieg maratoński to już zbyt długo. Do 30-32 km jest jeszcze fajnie, ale potem zaczyna się walka o przetrwanie. Na końcówce tego biegu nie ma już mowy o ściganiu tylko o kulaniu się do mety. A więc półmaraton. Tutaj docisnąć można praktycznie na każdym kilometrze, szczególnie na tych ostatnich. Wciąż jest siła, energia, a jak pokazał ostatni start tajfun endorfin.

O tym co w pakiecie, co na expo, co w szatniach tuż przed startem chyba sporo już napisano. Więc ten fragment tekstu ominę. Podsumuję tylko że mimo deszczowej aury było mnóstwo biegaczy, a w kolejnych latach zapowiada się jeszcze więcej! I dobrze!  

Na zawody docieram razem z sąsiadem Pawłem i niedawno poznaną przeze mnie jego znajomą z Warszawy Agnieszką. Dowiadujemy się iż dzień wcześniej pociąg z Warszawy był pełen biegaczy! Miło że tylu zawodników dotarło do nas ze stolicy! :) Poznański półmaraton ma jednak bardzo dobrą opinię i jak się okazuje dociera do nas cała masa przyjezdnych osób. To cieszy!

Jako że pogoda spłatała wszystkim figla, a w sumie to nie spłatała bo była do przewidzenia :P moment startu opóźnił się o kilka minut ze względu na paraliż komunikacyjny… ale nie ten w ruchu ulicznym, samochodowym, etc. Tylko paraliż w Hali 3A. No ale skoro na ostatni moment wychodzi więcej niż połowa zawodników… w tym ja :) no to trudno się dziwić. Nikt nie chciał zmoknąć wcześniej, mimo że i tak potem zmókł… każdy grzał się i rozgrzewał biegając po balkonach w tychże halach i chciał na ostatni moment wyskoczyć na linię startu. W sumie to tego dnia linia startu powinna być wyznaczona nie z Grunwaldzkiej, a z Hali w której zlokalizowane były szatnie. Wtedy byłoby git. Wszyscy byliby zadowoleni ;)

Ale przejdźmy do biegu. W przenośni i dosłownie.

Miałem startować ze strefy B… no ale nie dopchałem się tam wychodząc na ostatni moment z hali i wystartowałem ze strefy A tuż za AA czyli tam gdzie elita. Stałem kilkanaście metrów za balonikami na 1:30. W sumie to ustawienie całkiem spoko bo taki miałem cel - lecieć w trupa i gonić balony na 1:30. A już na pewno być przed tymi na 1:35 Proste, co nie ? :)

No więc nie spodziewałabym się iż startując ze strefy A będę przez pierwszy kilometr wyprzedzam truchtające pary celujące w 1:50 i powyżej. Ja wiem że każdy chce być jak najbliżej elity no ale może bez przesady! Za rok startuję razem z Kenijczykami! A co tam! :)

Na pierwszym kilometrze wyprzedziło mnie może parę osób, za to ja wyprzedzałem non stop lawirując między torami kolejowymi, kałużami i zakrętami które zgodnie z obawami mocno spowolniły. Woda lała się strumieniami! Zarówno z góry, jak i z dołu czyli spod kałuż które nie sposób było wyminąć. Ale nie narzekajmy. Pogoda była super. Bieganie w deszczu jak się już zmoknie jest całkiem fajne!

Na pierwszym kilometrze niespodzianka. Mijam kibicującą koleżankę z Warszawy - Nat! Wymieniamy pozdrowienia i lecę dalej. Kibiców jest naprawdę sporo, co potwierdziły kolejne kilometry. Naprawdę miłe zaskoczenie i wielki szacunek dla wszystkich kibicujących. Miło!

Pierwszy km wolno, zdecydowanie za wolno, żeby nie powiedzieć cholernie turystycznie 4:42. Wstyd :P Trasa prowadzi ciągle w dół więc sprzyja rozpędzaniu się, no więc staram się rozpędzać ale jakoś wolno mi to wychodzi. Kolejne kilometry 4:33, 4:24, 4:19… no już lepiej. Tętno jakieś dziwnie niskie jak na mnie, tylko momentami przekracza 170, a tak to raczej średnio w granicach 165. Piąty i szósty kilometr ciut wolniej. Decyzja musi być tylko jedna. Przyspieszamy. Teraz albo nigdy. Ponoć kryzys w półmaratonie jest na 15 km, a mam dopiero siódmy :P no i ten siódmy biegnę rekordowo w 4:13! Trochę obawiam się co dalej i czy zdołam to utrzymać. Jest aż tak szybko że kilku wyprzedanych zawodników sapie coś pod nosem - kurde jaki koń! Potem jeszcze wypowiedź jednego z przykorkowanych kierowców na antenie WTK o koniach będzie hitem internetów… mam nadzieję że to nie o mnie była mowa :))

Powiem krótko. Od siódmego kilometra biegnę naprawdę fajnie - tak jak powinienem biec od początku. W tempie 4:15 - 4:20. Tak to nie biegałem nawet ostatnio na dychę! Trasa fajna, biegaczy mnóstwo, baloników żadnych nie widzę, kibiców pełno, odżywianie pod kontrolą, wody pełno, i na punktach odżywczych i poza. Aquanet się naprawdę postarał! ;)

Brakuje mi tylko zespołów muzycznych znanych z ostatnich startów. Są tylko bębniarze którym deszcz nie przeszkadza. Ale za to jak grają! Przed zapowiadanym koszmarnym podbiegiem który zresztą połknąłem tak jakby go tam nie było, gra jeszcze RedBull. I dobrze. To chyba ich zasługa - ich muzyka po prostu wypłaszczyła ten odcinek. A gdy już się wypłaszczyło to miałem wrażenie że znalazłem się na jakimś podrzędnym biegu… ziuuuu… trasa zawęża się do 3 metrów! WTF! 13.000 osób i 3 metrowej szerokości trasa?! Heloł! Organizatorzy! Zakładaliście że na podbiegu przynajmniej połowa zawodników podda się i zakończy swój bieg?! :) No to byliście w błędzie! Ale nie róbcie tak proszę za rok. Nie idźcie tą drogą! Chyba że to jakiś eksperyment… ? 

Na szczęcie była to chwilowa zwężka… chwilowa, nie chwilowa - to nie był dobry pomysł!

Dalej jest tzw. siodło i wiadukt kolejowy a potem delikatnie ale chyba jednak ciągle pod górkę. Kibiców ciągle mnóstwo. Krzyczą, trąbią, gwiżdżą, machają. Jest pięknie!

Mijam kibicującą sąsiadkę Beatę od Kopra, ten to pewnie leci 10 minut przede mną. Prawdziwy koń :P Miał złamać 1:25 i skurczybyk złamał!

Od 14 kilometra czuję że meta jest już naprawdę blisko i nic nie może mnie już złamać. Wiem że muszę równo do końca cisnąć. Dzień wcześniej na Expo założyłem się dla zabawy z Bartkiem że złamię jego życiówkę w półmaratonie. Czyli 1:34:07. Wiem że to MEGA ambitny cel. Ale jak sobie taki obiorę to jest szansa na bezpieczne złamanie mojej życiówki i osiągnięcie wyniku poniżej 1:35. Tak więc tak sobie kalkulując na tym nastym kilometrze stwierdziłem że aby pokonać 1:34:07 to muszę cisnąć naprawdę bardzo, bardzo mocno i rozsądek podpowiada mi że raczej się to nie uda… ale powinno się udać złamanie 1:35. I tak oto mija mnie jakiś mocny zawodnik. Wygląda na Włocha ;) Szybka myśl. Gonię go i trzymam jego tempo! I kurde mimo że była to MEGA ambitna myśl to udaje się dotrzymać mu kroku. Od tego momentu praktycznie do samej mety siedzę mu na plecach. Biegniemy poniżej 4:20 min/km. Choć wtedy wydawało mnie się że jest to nawet ok. 4:05/4:10… ale nie było. Trochę czułem już zmęczenie i do takiego odczucia już się przyzwyczaiłem. Nawrotka na Grunwaldzkiej i zostaje już ostatnia prosta. Ostatnia ale mega długa. Analizuję już w głowie kolejne skrzyżowania i ronda które muszę minąć do samej mety. I nie jest to dobra opcja. Taka analiza powoduje że głowa zaczyna za bardzo kombinować. Trzeba się skupić na tym co tu i teraz. A jest coraz więcej kibiców. Kątem oka dostrzegam nawet moich rodziców :) potem jakiś kolejnych bębniarzy chyba. Mam wrażenie teraz że ten fragment trasy pamiętam najsłabiej. Skupiony jestem tylko na biegu, trzymaniu tempa i na mecie. Zalewa mnie fala endorfin i dreszczy. Wreszcie jestem już całkiem blisko i słychać już wrzawę z linii mety i trybun oraz dopingującego speakera. Ale hałas! :) Skręt w stronę targów i ostatnia prosta.


Podemną tylko chlupoczący od wody niebieski dywan. Staram się wykrzesać wszystkie pozostałe siły. Wreszcie jest! Finito! … po kilku minutach czuję się dobrze, na tyle dobrze że chyba mógłbym biec dalej :)

Na koniec pomarańcze i medal, a potem prysznic i same spotkania ze znajomymi. Ten moment bardzo lubię!

To był dobry dzień i dobry bieg. Mimo że deszczowy i mimo że piąty ;) Taki urodzinowy prezent! ;)


Fot. (1) materiały własne, (2) Hernik Team

Warto przeczytać także