Dodano 2015-10-14 przez Jasiek Kowalski
W poszukiwaniu motywacji

Dawno mnie tutaj nie było… czyli kilka zdań wstępu i wytłumaczenia. Ten sezon dał mi wyjątkowo w kość, jak żaden inny wcześniej. Za dużo startów. Ale każdy jeden fajniejszy od drugiego. Nie miałem odwagi powiedzieć dość i wystopować. Czy żałuję? I tak i nie :)

Po starcie na początku sierpnia w Gdyni miałem już naprawdę dość. Mimo że trenowałem dalej czułem że brak mi sił i motywacji. Przedtem myślałem że taka sytuacja mnie się nigdy nie przytrafi… a jednak! Trafia chyba w każdego… to tylko kwestia czasu.

Poniżej krótka relacja co działo się u mnie od tego czasu do dnia dzisiejszego… zauważycie też iż praktycznie przy każdym starcie spotykam dziewczyny - kobiety - twardzielki. Spotykam je chyba częściej niż kolegów - znajomych :) To chyba taki dowód na to iż kobiet jest coraz więcej… oczywiście mam na myśli zawody :) … że jest naprawdę w nich WIELKA siła i moc, a ja mam tą przyjemność spotykać je na mojej drodze… :)

 

Na koniec sierpnia planowałem ostatni start w triathlonie w tym sezonie w Przechlewie, na dystansie olimpijskim. To miejsce które planowałem już odwiedzić w latach poprzednich. Nie udało się, dlatego naprawdę zależało mi aby tam się znaleźć w tym roku. Z przyczyn osobistych zrezygnowałem. Pierwszy raz. Pierwszy raz jako zapisany uczestnik, nie nękany kontuzjami, zrezygnowałem. Po prostu odpuściłem. 

Szkoda również że nie widziałem jak na metę wbiega debiutująca w połówce IronMan’a Kasia Zygart - to był ponoć wyjątkowy finish! Kasia, gratulacje!

Dla ciekawskich tutaj link do fotki... ;) 

 

Zanim jednak nastąpiła moja rezygnacja ze startu w Przechlewie zaliczyłem drugą odsłonę mojego cyklu zwiedzanie vs. bieganie - tym razem był to kilkudniowy, zawodowy pobyt w Londynie. Przez 4 dni zrobiłem ponad 40 km, zwiedziłem 5 londyńskich parków i kultowe atrakcje turystyczne, a wszystko to w godzinach zanim miasto budzi się do życia. To był bez wątpienia dobrze spędzony czas. Jedna refleksja z tych biegów: rano po Londynie biega zdecydowanie więcej kobiet niż mężczyzn! :)

 

W planach na końcówkę sezonu miałem jeszcze kilka startów, bike challenge 120 km, ultramaraton 50 km i poznański maraton. Mocna końcówka ale świadomie planowana z uwagi na przygotowania pod rok 2016 i pełen dystans w triathlonie.

 

Solid Logistics Skoda Poznań Bike Challenge wpadł niejako siłą rozpędu z roku poprzedniego. Fajny wyścig, masa kolarzy. Tym razem dystans o 20 km większy, choć w rzeczywistości okazał się niedomierzony i wynosił 115 km. Trasa prawie identyczna. Warunki wietrzne. Nie zamierzałem trzymać ubiegłorocznej średniej 35 km/h bo czułem że może być to zabójcze. I miałem rację. Starałem się trzymać peletonów, nawet jeden czy drugi prowadziłem na jakimś odcinku. Ale na dłuższą metę, nienauczony jazdą w grupie nie dałem rady trzymać się jednej ekipy. Ponadto kilka poważnie wyglądających kraks w peletonie zawsze dobrze studzi emocje i przekonuje do jazdy indywidualnej. Tym razem poprawiłem zdecydowanie odżywianie na trasie i chyba trochę pomogło. Znów zmierzyłem się z kryzysem ale jakoś chyba łatwiej niż rok wcześniej udało się mnie z niego wykaraskać. Choć do mety i tak dojechałem na oparach. Dobry trening… po którym odstawiłem rower na dobre dwa tygodnie ;)

 

Tydzień później, a dokładniej 6 dni dalej, drugi w tym sezonie start w ultramaratonie. Tym razem padło na Forrest Run w Wielkopolskim Parku Narodowym. Nigdy tam nie biegałem i musiałem spróbować mimo iż po starcie w GWiNT’cie wiedziałem doskonale że będzie boleć. To już jest chyba uzależnienie! Bo jak to inaczej nazwać? Przed biegiem spotykam jeszcze Anitę Faleńską z którą ucinamy krótką pogawędkę. Trasa fantastyczna ale dużo bardziej wymagająca niż mój pierwszy ultra start. Podszedłem dużo bardziej rozsądnie do tempa biegu i zamierzałem w spokoju przebiec całość w tempie ok 6:00-6:30 min/km… nie udało się :) Dystans, trasa, pogoda, zmęczenie splotły się tak że po 38 km myślałem już tylko o tym jak skrócić swoje cierpienie… i trasę ;) W myśl zasad fair play i idei iż nadzieja umiera ostatnia oczywiście nie dopuściłem do siebie realizacji myśli aby zejść z trasy… no bo jak tu niby zejść? Jesteś w środku Parku, nie orientujesz się za bardzo gdzie jesteś i w ogóle przecież jakoś głupio tak po prostu opuścić wyznaczoną ścieżkę biegową ;) Bo niby jaki był poważny powód? Zmęczenie, ból? Nieee, to nie w moim stylu. Powiedziało się A to trzeba powiedzieć B. Chciałeś startować to teraz cierp do końca! No i tak turlałem się do mety, pytając się co chwilę wszystkich „daleko jeszcze?” ;) Nic to że na zegarku miałem wszystkie dane o przebiegniętym dystansie, nie wierzyłem mu. Nie wierzyłem że te kilometry tak wolno biegną, nie wierzyłem że tak daleko jeszcze do mety. Od punktu odżywczego do kolejnego punktu. Od schodów przez jeziora i plaże do kolejnych ostrych podbiegów i zbiegów… tak, tak - to nie pomyłka, schody na trasie również były! Brakowało jeszcze tylko… ściany!  … ale o tym później, bo ta pojawiła się na maratonie! :) Takie atrakcje przygotował nam organizator! Na przedostatnim punkcie żywieniowym spotykam Zosię Wawrzyniak z KB z którą biegliśmy część dystansu na GWiNT’cie i wymieniamy się spostrzeżeniami że tam to było łatwo… a tutaj masakra. Na metę jakoś wbiegłem ale chyba tylko w pogoni za browarem, którego nie mogłem sobie odpuścić. Potem miła pogawędka z dziewczynami które poznaję dzięki Zosi - to chyba jeden z najprzyjemniejszych momentów tego biegu ;) Nowe znajomości! :) Marta Mularczyk (je.cours), Marta Pyżyńska-Wójtowicz, Joanna Pawlik. Niezwykle miło było Was poznać! Mam nadzieję na kolejne spotkania… choć nie wiem tylko czy przy okazji ultra… może coś krótszego znajdziemy ? :)

A tutaj link do relacji Zosi z biegu... 

 

Wreszcie po moim kongresowym maratonie czyli dwóch tygodniach spędzonych we Wrocławiu na organizacji dwóch kongresów medycznych w Hali Stulecia ostatni start na deser. 16. poznański maraton. Czwarty z rzędu start w Poznaniu, w maratonie. Tym razem nowa trasa prowadzona przez mój ulubiony Sołacz i płytę stadionu Lecha na ostatnich kilometrach. Kolejny start którego nie mogło zabraknąć w moim kalendarzu i którego nie potrafiłem odpuścić. Po ostatnim starcie w ubiegłym roku z czasem 3:39, bez ściany, bez kryzysu, apetyt miałem duży. Celowałem w 3:30… ale chyba nie wierzyłem w to do końca. Słabsze tegoroczne przygotowania, ciężkie starty w ultra, problemy z motywacją - to nie mogło skończyć się wymarzonym wynikiem… ale o tym za chwilę. Mroźny poranek nie sprzyjał gorącej atmosferze na starcie. Kolejny rekordowy poznański maraton pod względem ilości uczestników rozpalił jednakże ulice Poznania bardzo szybko. Genialny doping od startu do mety uskrzydlił z pewności wielu zawodników, w tym i mnie… efekt: na starcie tętno jeszcze w normie, mojej normie, czyli 160, w połowie dystansu 180, na 30 km 185… Aby było zabawniej tempo do 32 km w miarę równe w przedziale 4:45-4:55… potem mimo dopingu następował już zjazd, nie jakiś tragiczny i do odcięcia ale jednak. W końcowej fazie tempo spadło o 30-45 sek./km, a na ostatnich 3 km do 6 min/km. Tyle o cyferkach bo w sumie nie oto tu do końca chodzi… choć jednak z tyłu głowy gdzieś tam jednak mi to siedzi. Finalnie dobiegłem na życiówkę, którą poprawiłem o ponad minutę… ale nie jestem specjalnie zadowolony z tego biegu pod względem wyniku. Poza tym było genialnie! :) Genialna trasa, genialni kibice, genialni biegacze i znów genialne kobiety ;) Na 18 km spotykam Dominikę Szpakowską, którą również poznałem na GWiNT’cie. Domi radośnie mija mnie, biegnąć lekko i bez wysiłku… mimo że kilkanaście godzin wcześniej bawiła się na weselu. Szybko dogania balony na 3:30 które ja również śledzę od 10 km i które finalnie uciekną mi gdzieś przed Sołaczem. A gdy już uciekły na 34 kilometrze moim oczom ukazuje się ściana… ale to nie była fatamorgana! Prawdziwa ściana przez którą można było przebiec… taki o element motywacyjny! Z perspektywy czasu żałuję że tego nie zrobiłem… może ten symboliczny wymiar pokonania ściany poskutkowałby wykrzesaniem magicznych mocy. A tak turlałem się dalej do stadionu i dalej do mety… Jeszcze jeden, dwa stopy przed metą, a wbieglibyśmy z Zosią z KB na metę razem… w sumie gdybym wiedział że jest z tyłu to bym poczekał :) serio! Miałbym z pewnością dużo fajnych zdjęć, bo mam wrażenie że kobiety w koszulkach KB są najczęściej fotografowanymi uczestnikami maratonu. 

Dziewczyny gratuluję Wam, wszystkim razem i każdej z osobna! Jesteście niepokonane!

Tutaj link do relacji Zosi z maratonu... ;)

 

A na mecie to co utkwiło mi w pamięci to poszukiwanie medalu… ;) wreszcie znalazłem, przy wyjściu ze strefy… :) to była chyba moja motywacja w dotarciu na metę…

 

A teraz? A teraz czas na odszukanie mojej wewnętrznej, prawdziwej motywacji do dalszych treningów i startów! Ktoś pomoże? :)

Warto przeczytać także