Dodano 2015-08-16 przez Jasiek Kowalski
Herbalife IRONMAN 70.3

To był mój drugi najbardziej wyczekiwany i najważniejszy start w tym sezonie. Zapisy ruszyły 2  grudnia, a miejsca rozeszły się praktycznie tego samego dnia. Tak działa magia marki IRONMAN, która debiutowała w naszym kraju! Napięcie jakie udzielało się zawodnikom w ostatnich tygodniach przed startem osiągało naprawdę szczyty szczytów, a przez niektórych określane było nawet psychozą. Zapewne słusznie. 

Do Gdyni wyjechałem już w piątek po południu z nadzieją na ucieczkę z afrykańskiego klimatu w którym temperatura dochodziła do prawie 40 stopni. Nad morzem zapowiadali ciut chłodniej, choć w sobotę prawie 35, a w niedzielę ochłodzenie i temperaturę w okolicach 24 stopni - ten news długo trzymał mnie w dobrym nastroju. IDEALNIE. Nad morzem czekała na mnie rodzinka, która urlopowała się kilka dni na półwyspie helskim. Umówiliśmy się na dworcu w Gdyni, a przedtem planowałem jeszcze szybką wizytę na expo i odbiór pakietu. Gniezno, Bydgoszcz, Świecie, trasa mija w miarę szybko ale lepiej nie wychylać głowy zza okno. Na szczęście na końcówce autostrady A1 dostrzegam wielkie, ciemne chmury które wyraźnie przetaczają się przez trójmiasto. Tego nie było w prognozie! Ale dobrze, temperatura spada do 23 stopni!!! 

Wpadam na expo, a tutaj oczywiście atmosfera WIELKIEGO święta. Pełno znajomych twarzy. Paweł Boniecki, Piotr Pasierbiński, Iwona Guzowska… poznaję także Marcina Koniecznego. Podjeżdżam na dworzec po rodzinkę i ponownie udaję się na expo. Tym razem na dłużej. Zaliczamy oficjalny sklep IRONMAN któremu oczywiście nie mogliśmy się oprzeć. Ceny nie są niskie ale magia marki IRONMAN okazuje się silniejsza… od naszych portfeli ;) Tym razem prócz odżywek kupuję jeszcze nowe okularki TYR’a oraz bloki do pedałów… dwa dni wcześniej okazuje się że zamiana wysłużonych niebieskich na mniej wysłużone żółte powoduje że jadąc na rowerze mam wrażenie że coś jest nie tak. But chodzi na lewą i prawą stronę w jakimś kosmicznym zakresie. Oczywiście powód jest prosty, tzw. luz roboczy jest zdecydowanie inny w jednym i drugim modelu. Na szczęście na stanowisku SHIMANO mają wszystko, a poza tym regulują mi przednią przerzutkę tak jak powinienem mieć to zrobione już dawno temu.

W sobotę dzień totalnego odpoczynku w którym staramy się ominąć upały które tego dnia miały być również mocno odczuwalne w trójmieście. Odwiedzamy z dzieciakami centrum EXPERYMENT i jest to zdecydowanie dobry wybór! Polecam! Późnym wieczorem jeszcze wizyta na Długiej w Gdańsku.

 

 

Niech MOC będzie z Wami! Ps. Powodzenia dla wszystkich startujących jutro! #ironman #ironmangdynia #ironkids #gdansk

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jasiek Kowalski (@jmjkowalski)8 Sie, 2015 o 12:57 PDT

 

Po południu, przed odprawą udaję się odstawić rower do strefy zmian. Wreszcie docieram do magicznego punktu będącego obiektem setek jeśli nie tysięcy zdjęć. WIELKIEJ eMki z zegarem odliczającym czas do pierwszy w Polsce zawodów z serii IRONMAN! Oto jestem i ja! 

Wsiadam na rower i robię szybki objazd strefy oraz mety. Na szczęście dobrze doczytałem wszelkie instrukcje i regulaminy i udaję się do strefy tylko z rowerem, kaskiem i chipem na nodze. Nie mam ze sobą żadnych innych worków, plecaków, etc. których jak się okazuje nie można wnosić do strefy. Kontrola MEGA skrupulatna! Po chipie identyfikują każdego zawodnika, wyczytując jego imię i nazwisko, fotograf robi „pamiątkowe” zdjęcie i można odstawić swój rower. Żadnych kolejek! Choć po odprawie jest już ponoć inaczej… 

Jak to w Gdyni strefa zmian jest tak długa że końca nie widać… i tak jak rok wcześniej robi naprawdę WIELKIE wrażenie!

 

 

Full house one again! Odprawa trwa... #ironman #ironmangdynia #triathlon

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jasiek Kowalski (@jmjkowalski)8 Sie, 2015 o 8:50 PDT

 

Udaję się jeszcze szybko ostatni raz na expo aby uczestniczyć w odprawie która zaczęła się już 10 minut temu. Wsłuchuję się tylko w newralgiczne i nowe dla mnie punkty, typu system koszykowo-workowy ;) który wg mnie jest ciut naciągany. Ale cóż. Problemem nie jest aby rzeczy wrzucić do worków, a potem do koszyków - więc nie będę się tutaj rozwodził. Nie ma obowiązkowych namiotów na przebieranie się i oddzielnych miejsc w których odwieszamy worki. Tak zdecydowali i już. W międzyczasie wsuwam jeszcze makaronik i popijam zimnym, bezalkoholowym leszkiem. Jest OK! :)

 

Niedziela. Dzień startu.

Z racji iż gościnnie mieszkamy u naszych starych dobrych znajomych w Gdańsku (WIELKIE DZIĘKI), na dojazd do Gdyni potrzebuję 30 minut. Z racji iż strefa otwarta jest tylko przez godzinę, między 6:30 a 7:30, a muszę znaleźć jeszcze strategicznie dobre miejsce parkingowe. Wyjeżdżam zatem tak aby być na moment otwarcia strefy. Miejsce parkingowe jak rok temu, idealne! Tuż przy Skwerze Kościuszki.

Wbijamy się z workami suchym i mokrym do strefy. + pompka ;) Okazuje się że w okolicy mojego miejsca znajduję jeszcze furę znajomych! Gregory Kowalski oraz TRI team z WUEF CLUB. Sprawdzenie roweru, bidony, odżywki, worki. Wszystko gotowe. W nocy mocno padało, a teraz nad Gdynią przetaczają się ciężkie chmury. Temperatura na ten moment idealna. Wyjście ze strefy i cofam się jeszcze do auta po piankę i inne rzeczy które chcę zostawić w depozycie… którym okazuje się auto dostawcze na które zapakowywane są worki ;) Tak czy inaczej pomysł o tyle dobry że depozyt można odebrać tuż po przekroczeniu linii mety. Moim zdaniem IDEALNIE.

W międzyczasie huk z armaty daje znać o starcie Jaśka Meli i grupy PRO.

Przy depozycie spotykam jeszcze Wojtka Dołkowskiego z którym już wspólnie oczekujemy na nasz start. Przedtem jednak odwiedziny TOI TOI’a i mała przygoda z czepkiem… ale w szczegóły nie będę już wnikał. Szkoda że nie można było go wymienić… ;)

Nagle na niebie pojawia się samolot pasażerski które definitywnie nie powinien w tym miejscu ani na tej wysokości się znaleźć. Po chwili jednak dociera do nas że to samolot LOTowski w barwach IRONMAN! Cóż za niespodzianka! Na dodatek pozdrawia machając skrzydłami. Mamy tylko nadzieję z Wojtkiem że za tę atrakcję nie płacili uczestnicy zawodów tylko sponsorzy. Efekt piękny, ale na pewno kosztowny ;)

Start w mojej kategorii wiekowej planowany jest na 8:30, zielone czepki. Wchodzimy do strefy startowej i robimy krótką rozgrzewkę i rozpływanie. Czas mija nieubłaganie i po chwili trzeba już się ustawić na brzegu w oczekiwaniu na start. Woda prawie idealnie płaska. Wiatru praktycznie zero. Dobra widoczność bojek i statku na który mamy nawigować. Atmosfera bojowa, choć mam wrażenie że jednak starty w Poznaniu przeżywam bardziej ;)

 

START

Na początku jak zawsze spokojnie choć z uwagi na wąski start ustawiony jestem prawie w środku. Staram się odbić w prawo aby spokojnie znaleźć swoje miejsce do pływania. Jest zdecydowanie ciasno i potrzeba trochę czasu aby odnaleźć się w tej pralce. Odbijam coraz bardziej w prawo. Wreszcie ustawiony jestem już prawie maksymalnie po prawej stronie i staram się złapać spokojny, równy rytm. Płynie się ok. Na szczęście woda i powietrze mają taką temperaturę że pływanie w piance nie jest uciążliwe - po prostu nie jest za gorąco. W sam raz. Azymut - wielki żaglowiec.

 

 

 

Gdy jestem ok. 100 metrów przed nim okazuje się że jednak nie trzeba go opływać, tylko wystarczy ominąć boję i od razu odbić o 90 stopni. No to mamy małe niedogranie organizacyjne. Zarówno w road booku jak i na odprawie mowa była o opłynięciu statku. Dzięki temu nadrobiłem przynajmniej 100-150 metrów. Cóż… Wreszcie tak wyczekiwany nawrót i można kierować się już w kierunku brzegu. Ciągle trzymam się zewnętrznej prawej. Po pewnym czasie dochodzą mnie zawodnicy z kolejnej fali a ja mijam pierwszych zawodników z wcześniejszej. Czyli wszystko w normie. Jak zawsze też końcowe metry dłużą się niemiłosiernie. Płynę do samego końca choć niektórzy już idą… ale ja jeszcze się przecież nachodzę i nabiegam - to też płynę! Wyjście z wody przy którym zawsze podświadomie uważam na co stąpam. Ponoć tutaj kilka osób rozcina sobie nogi o wystające pręty! Kilka betonowych bloczków w wodzie mijam ale niespodziewałem się że takie atrakcje mogą na nas czekać. Wreszcie wybieg z wody i po dywanach można dotrzeć do strefy zmian. Szybkie spojrzenie na czas tego etapu… cholera tak samo jak w Poznaniu czyli ok 46 minut, a miało być lepiej!

 

 

Jest co biec ale na szczęście kibice ostro dają czadu w tym mój ulubiony Garnek Mocy. Doping jest fantastyczny! Wreszcie strefa. Zrzucenie pianki, kask, numer startowy, okulary… jakoś strasznie dłuży się i mam wrażenie że jakoś czas przelatuje mi między palcami. Niestety wyniki i czas zmiany potwierdzą te przypuszczenia. Ewidentnie zabrakło mi tutaj energii…

 

Wybiegam z rowerem. Spiker wyczytuje moje imię ;) i wskakuję na rower. To jest ten moment który weryfikuje mój poziom magnezu w organizmie. Na szczęście jest OK. Wyjazd z Gdyni troszkę inny niż rok temu. Nawierzchnia jednak bez zmian, czyli dość przeciętna. Ale z racji że wszyscy zawodnicy mają takie same warunki nie przejmuję się tym zbytnio. Założenie rowerowe na Gdynię było bardziej ambitne niż w Poznaniu. Chciałem pojechać mocniej i sprawdzić czy będę w stanie utrzymać później podobne tempo na biegu. Cisnę więc i wyprzedzam ile mogę. Nawierzchnia jest trochę mokra więc trzeba uważać, szczególnie na początku, jest trochę kręto. W Rumi trasa jest również trochę inna - fajny przejazd przez miasto z nawrotem. Wcześniej strefa żywieniowa i mocny punkt dla kibiców ze sceną i spikerką Pawła Bondaruka ;) z którym pozdrawiamy się. Foka ładnie komentuje że mimo 2000 zawodników na trasie można jednak spotkać wiele znajomych osób :) To zdecydowanie prawda! Prawdą też jest że taka ilość osób startujących na tak wąskiej trasie powoduje że jest zdecydowanie za ciasno. Rok temu był mega drafting, w tym zdecydowanie lepiej ale nadal trudno przestrzegać 10 metrowych odstępów. Po prostu na trasie jest tylu zawodników że jeden pas jezdni to mało. Przed Pierwoszynem nawrót i heja z powrotem do Gdyni. Sędziowie wyprzedzają mnie na motocyklu i proszę zawodników o trzymanie się prawej strony. Ale ja ciągle wyprzedzam! Mija mnie drugi motocykl z kamerą. Kiwam, macham, pozdrawiam… radość TRI… po chwili okazuję się że to całe zamieszanie dlatego że tuż za mną jedzie lider na etapie kolarskim, który oczywiście po chwili śmiga koło mnie z dużo większą prędkością :)) Później okazuje się że to zwycięzca zawodów Nils Frommhold.

 

   

 

Średnia prędkość z pierwszego kółka zbliża się do 35 km/h. Jest dobrze. W Gdyni po minięciu strefy zmian i rozpoczęciu drugiego kółka mija mnie Paweł Boniecki. Trochę jestem zaskoczony że dopiero teraz. Zazwyczaj jego rower jest MEGA mocny! Tego dnia jest jednak na antybiotykach, a więc w nie najlepszej formie do startu. W tym miejscu mija nas również Drafting Marshal - a więc sędzia na motorze. Choć mija to chyba za dużo powiedziane, przez pewien czas jedzie równo z nami blokując i utrudniając de facto wyprzedzanie. Powiem więcej ten sędzia nawet draftował za małą grupką zawodników! ;) A tak na serio motocykli i pilnowania było naprawdę sporo.

 

 

 

Na drugim kółku czuję już zmęczenie. Delikatnie odpuszczam choć staram się jechać możliwe szybko i równo. Pogoda powoli wypogadza się, czasem zza chmur wygląda słonko. Robi się cieplej. Ostatnia nawrotka i ostatnie kilkanaście kilometrów do Gdyni. Na trasie już się zdecydowanie przerzedziło i jest w miarę luz. Tylko siły jakby takie mniejsze. W samej Gdyni śmiga koło mnie Kacper Adam a tuż za nim Mikołaj Luft. Cóż za rywalizacja! Wreszcie zjazd do strefy. Zeskok z roweru i wreszcie można trochę pobiegać! Buty biegowe, daszek IRONMAN :) a jak! I heja na bieg!

 

Trasa biegowa również zmodyfikowana względem ubiegłorocznej. Zamiast 4 pętli są 3. Na początek dobieg do Świętojańskiej. Tu spotykam znów Garnek Mocy! Już po rozpoczęciu tego etapu czuję że nie mam jednego takiego poweru jak np. w Poznaniu kiedy pierwsze kilometry biegłem poniżej 4:30. Tutaj rozpoczynam od 4:30 i potem jest już coraz wolniej. Wreszcie Świętojańska, tam nawrót i przez 1,5 km ciągle delikatniej pod górkę. Ale jaki DOPING! Czuć że cała Świętojańska, cała Gdynia kibicuje! Flagi, bębny, garnki, krzykaczki! Nieustający doping! Jest naprawdę MEGA! Wreszcie delikatnie w dół i jak to na 3, 4 km zaczynam czuć skurcze. Wpierw lewa noga. Na chwilę staję, rozciągam, potem strzelam magnezowego shota. Jest lepiej. Potem prawa noga. Znów na chwilę staję. Biegnę już wzdłuż Bulwaru. Tam na szczęście ostatni krótki postój, znów rozciągam. Chyba powoli uczę się walczyć z moją dolegliwością która niezależnie od przyjmowanego magnezu dokucza mi za każdym razem. Pierwsza pętla za mną.

 

 

 

Do 11 km zdarza jeszcze mnie się pokonywać niektóre kilometry mocno poniżej 5:10 min/km. Na drugim kółku jest jeszcze dobrze ale pogoda robi się powoli znów tropikalna. Na jednym z zegarów zauważam temp. - jest prawie 29 stopni. No nie są to dla mnie wymarzone warunki do ścigania. Na szczęście punkty żywieniowe zaopatrzone we wszystko co potrzebne. Są zraszacze i kurtyny wodne. Przypomina mnie się trochę ubiegłoroczny start w Poznaniu. Wbiegnięcie w taką kurtynę jest mega przyjemne i MEGA mocno chłodzi, aż przytyka trochę. Trzecie kółko to już usilne modlenie się o utrzymanie w miarę przyzwoitego tempa i odliczanie końcowych kilometrów do upragnionej mety. Na końcówce trzymam się jednego zawodnika który biegnie podobnym tempem, może nawet ciut szybciej niż ja oceniam swoje siły. Ale trzymam się go uparcie. Kilka raza mam ochotę stanąć ale jakaś wewnętrzna siła nie pozwala mnie się zatrzymać. Mam już powoli dość. Na poprzednich kółkach staram się oszacować mój czas na mecie. Coś w granicach 5:30 ale wiem że z każdym kilometrem będzie coraz trudniej i wiem że może to być niewykonalne. Wreszcie ostatnia prosta przy porcie. Tutaj już nie mogę stanąć. Biegnę. Wreszcie odbijam w kierunku mety. Znów mega doping na trybunach!

 

 

Piątka z Łukaszem Grassem tuż przed metą i wreszcie koniec. 5:28:59! 

 

 

Powiem szczerze że nie spodziewałem się po końcówce tego biegu że znów złamię 5:30. Czas prawie identyczny jak w Poznaniu, gorszy tylko o 28 sek. Mocniejszy rower jednak kosztował mnie trochę więcej niż zakładałem i przełożył się ewidentnie na bieganie.

A na mecie piękny medal! Łapię oddech. Spotykam wreszcie Natalię Jędrzejczyk. Fajne spotkanie!

 

 

First #ironman 70.3 :) 5:28:59 #ironmangdynia #triathlon #swim #bike #run

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jasiek Kowalski (@jmjkowalski)9 Sie, 2015 o 5:46 PDT

 

Czas zjeść coś porządnie! A więc arbuzy, potem w strefie regeneracji makaron. Do syta nie było ale jest OK. Za to zimny leszek jest pod dostatkiem!

Zza krat w strefie finiszera spotykam jeszcze moją dzielną rodzinkę. Chłopaki dumnie podziwiają medal! ;) Dziękuję im bardzo za trzymanie kciuków i doping!

Po odbiorze roweru ze strefy zmian spotykam także Anię Ranoszek z Dąbrówki która wywalczyła tego dnia kwalifikację na Mistrzostwa Świata w Australii na dystansie 70.3. WIELKIE GRATULACJE!

 

 

Super #ironman #crew ;)

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jasiek Kowalski (@jmjkowalski)9 Sie, 2015 o 2:26 PDT

 

Na koniec trudno nie pokusić się o próbę porównania z zawodami Challenge w Poznaniu. I jedne i drugie zawody zapamiętam na pewno na długo. To były debiuty federacji CHALLENGE i IRONMAN w Polsce. I obydwa debiuty z moim udziałem! Obydwa rezultaty poniżej 5:30. Nie udało mnie się w tym sezonie zejść jeszcze niżej, mimo iż po cichu liczyłem na łamanie 5:20. 

Każde z tych zawodów ma WIELE plusów, ale i w każdej znajdziemy kilka minusów. Na pewno zarówno Gdynia jak i Poznań powinny mieć powody do dumy. Popularyzacja triathlonu w Polsce z pewnością weszła na inny, międzynarodowy, wyższy poziom!

 

A co dalej?

Starty kategorii A w tym sezonie ewidentnie za mną. Definitywnie luzuję. Zostaje jeszcze olimpijka w Przechlewie, małe biegowe ultra ;) Bike Challenge i może poznański maraton…

A w przyszłym sezonie na pewno będzie zdecydowanie mniej startów! Celem jest ukończenie pełnego dystansu w Poznaniu…

 
 
Zdjęcia: Maratomania
Warto przeczytać także