Dodano 2015-07-29 przez Jasiek Kowalski
Magnezowy WindBikeSurf

Poznań. Nie mogło zabraknąć mnie na pierwszej imprezie z serii Challenge Family w rodzinnym mieście. To pewniak w moim kalendarzu, tak samo jak Sieraków. Tak samo jak w roku ubiegłym był to start z dwutygodniowym odstępem od Triathlonu w Gdyni. Obydwa starty równie ważne. Tym razem planowałem uzyskać możliwie jak najlepszy czas ale przede wszystkim porachować się z etapem biegowym z zeszłego roku na którym skurcze skutecznie uniemożliwiły mi ściganie się i przerodziły w walkę, której jedynym celem była meta. Również spore oczekiwania w tym roku wiązałem z poziomem organizacji - zawsze jakoś poznaniakowi zależy na wysokich notach w oczach innych zawodników dot. poziomu organizacji zawodów w jego rodzinnym mieście. 

W tym roku postanowiliśmy z Magdą że ponownie wystartują nasze chłopaki - Filip i Maks na Kids Challenge. O tych zawodach Magda zapewne napisze jeszcze oddzielny wpis. Generalnie dobrze że te zawody odbyły się na dwa dni przed moim startem bo znów przeżyłem to straszliwie ;) i byłem totalnie wykończony na koniec dnia. Na pewno jest to super przygoda dla najmłodszych do której warto namawiać rodziców i ich dzieciaki. 

 

 

Let's go! #swim #bike #run #kids #triathlon #challengepoznan

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jasiek Kowalski (@jmjkowalski)24 Lip, 2015 o 4:35 PDT

 

Tego dnia odebrałem jeszcze pakiet startowy aby zaznajomić się z race bookiem - niestety po szybkiej analizie miałem więcej pytań niż odpowiedzi. Nic, odprawa była tutaj na pewno bardzo istotna szczególnie w kwestii ogarnięcia tematu worków w strefie zmian ;)

Do strefy zmian i na odprawę udałem się z Marcinem Napierałą dzień wcześniej, czyli w sobotę. Tego dnia odbywały się również starty na dystansie sprinterskim i olimpijskim. Było trochę parno ale na szczęście na niedzielę prognoza była na 22 st. - więc idealnie… Niestety tego dnia jeden z zawodników na etapie pływackim dostał najprawdopodobniej zawału serca i nie przeżył mimo reanimacji. Wielka tragedia i zdecydowanie zimny prysznic uświadamiający że wszystko może się wydarzyć na zawodach, trzeba mieć dużo respektu i szacunku do dystansu, a także trzeźwo oceniać swoje możliwości i co najważniejsze słuchać swojego organizmu i odpowiednio reagować… 

 

Fot. BikeLife 

 

Strefa zmian gigantyczna! - taka jakiej jeszcze nie widziałem. Naprawdę robiła wrażenie… tam samo jak dobieg do niej po wyjściu z wody. Dobieg liczył ponad 600 metrów i był jeszcze wzbogacony o piękny podbieg! Jeszcze ładniejszy niż w Sierakowie ;) Małe zamieszanie przy wstawianiu rowerów do strefy która nie zdążyła jeszcze zostać oklejona numerami po wyprowadzeniu rowerów po dzisiejszych zmaganiach. Mnie udało się praktycznie od razu wstawić rower - w końcu numer 609 nie jest jakiś bardzo odległy. Wracając do mojego numeru - 609 - fajny, co nie? - czyta się go również do góry nogami :) Marcin niestety chwilę musiał poczekać ale przynajmniej pooglądaliśmy sobie zawodników PRO i ambitnych AGR wraz z i ich kosmicznym sprzętem. Ponadto masa zawodników zza granicy! Fajnie! Poznań staje się areną międzynarodowych zmagań w triathlonie!

W międzyczasie nadciągnęły deszczowe chmury które wprowadziły trochę niepokoju na twarzach zawodników i organizatorów. Bardzo mocne porywy wiatru powywracały barierki zlokalizowane przy trybunach. Dobrze że nikomu nie stała się krzywda! Wtedy jeszcze nie myślałem o tym co wiatr zrobi z zawodnikami następnego dnia… a narobił niezłego bałaganu!

 

 

Full House! Odprawa przed #challengepoznan #triathlon

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jasiek Kowalski (@jmjkowalski)25 Lip, 2015 o 10:15 PDT

 

Odprawa jak rok temu zorganizowana w namiocie niedaleko biura zawodów. Przemowy oficjeli i międzynarodowa atmosfera wielkiego triathlonowego święta! Najbardziej utkwił mi w pamięci moment przywitania zawodników PRO którzy wyczytywani wchodzili na scenę i witani byli gromkimi brawami. W końcu wyczytany został Kacper Adam który przywitany został wprost kosmicznymi oklaskami które trwały, trwały i trwały… Między znajomymi przekrzykiwaliśmy się że trzeba pokazać zawodnikom zza granicy że to właśnie Kacper będzie mógł liczyć na największy hałas od nas i bardzo liczymy że skopie tyłki innym PRO’som :)

Odprawa prowadzona w języku polskim i angielskim w sumie skupiła się na najbardziej kluczowych punktach ale wyjaśniła na szczęście większość moich wątpliwości. W poprzednich latach Wojtek Kruczyński - Dyrektor Zawodów, przekazywał dużo więcej szczegółów. Jako że to już nasta impreza w której uczestniczę, większość tych szczegółów potrafię wyrecytować na pamięć obudzony w środku nocy ;) Tym razem odprawę prowadził Aleksander Rosa - Rzecznik Prasowy cyklu Enea TriTour wraz z osobą która jest bodajże spikerem na większości imprez z cyklu Challenge w różnych zakątkach świata.

Po odprawie oczywiście pasta party, w końcu trzeba było uzupełnić węglowodany przed niedzielnym startem! Na koniec szybko jeszcze pognałem do strefy EXPO ale niestety stoiska którymi byłem zainteresowany były już zamknięte, tak jak firmowy sklep Challenge z ponoć fajnymi ciuchami i dobrymi cenami… szkoda. No nic, liczyłem na to że uda się tam dotrzeć następnego dnia. Aaa… ważne info - udało mnie się kupić dodatkowe shoty magnezowe, które następnego dnia okazały się zbawienne.

W domu ląduję przed 22:00, czas na szybkie ogarnięcie sprzętu do worków i przygotowanie torby na następny dzień. W końcu pobudka o 6 rano, więc lepiej nie zostawiać tego na ostatnią chwilę.

W nocy o 5 rano budzę się. Wiatr szaleje w najlepsze. Wieje naprawdę konkretnie. Myślę sobie tylko: no to będzie wesoło! Później okazuje się że tego dnia na morzu wiało 8 do 9 st. Beauforta. Grubo! Na przełomie miesiąca zaliczyłem kilka treningowych rund przy podobnym wietrze. To nie są wymarzone warunki na ściganie a moje zmagania nazywam wtedy WindBikeSurfing ;) Tym razem doświadczę tego na zawodach!

Kładę się jeszcze na godzinną drzemkę. Co będzie, to będzie…

Po szybkim śniadaniu przygotowanym dzień wcześniej przez Magdę - DZIĘKUJĘ! :) docieram w okolicy Malty i znajduję idealne miejsce parkingowe niedaleko polany harcerza, czyli miejsca w którym zlokalizowana jest strefa zmian. Odwieszam worki na rower i bieganie, sprawdzam ciśnienie w oponach, uzupełniam bidony. Spotykam jeszcze Macieja i ekipę z Klubu WUEF i wspólnie docieramy w pobliże hangarów. Nad głowami, tak jak dwa lata temu przelatują Żelaźni w tle gra muzyka Two Steps From Hell… no właśnie Hel - na Helu to na pewno warunki na pływanie na desce bądź kajcie są dzisiaj idealne :) To nie są nawet dwa kroki do Hel’lu… my jesteśmy na Helu ;) Wieje tak bardzo że organizatorzy jeszcze nie ogarnęli barierek na mecie. Prościej było by pościągać te wszystkie banery które działają jak żagle. Chyba zostawiają to jednak na ostatni moment… może i dobrze.

 

 

Fot. BikeLife

 

Ruszają Pro’si, ja już wbity w piankę… potem jeszcze jedna grupa i jeszcze jedna. My startujemy o 9:25. Przejście przez matę, „manualne” liczenie zawodników i wskakujemy do wody. Start jest z linii wody więc idealnie mamy ok. 100/150 metrów na rozgrzewkę. Woda jest ciepła ale powietrze chłodne. W piance całkiem dobrze się płynie, tylko ta woda… w porównaniu z ostatnim startem w Brdzie nie ma porównania. Jest delikatnie mówiąc szaro-buro. Na wodzie tzw. kartoflisko - czyli gęsto zbite fale które napływają ze wszystkich kierunków. To nie będzie sprzyjało dobrym wynikom w wodzie. Czekamy na strzał armaty. Trochę się niecierpliwimy bo chyba jest delikatne obsunięcie. Wreszcie jest.

 

 

Fot. BikeLife 

 

Ustawiłem się jak co roku z prawej strony i był to dobry wybór. Ponoć od lewej stronie przy bandzie zrobiła się totalna pralka. Ja odbijam mocno w prawo, płynę blisko brzegu. Jest w miarę luźno. Nie widać tylko boi którą mamy minąć lewym barkiem. Jest daleko. Do tego te fale, które powodują że widoczność jest mizerna. Płynę swoim rytmem ale jest ciężko, albo to nie mój dzień albo faktycznie warunki są trudne. Doganiamy powoli zawodników z wcześniejszej fali. Przed pierwszą boją płynąc kraulem trafiam nogą w coś twardego, obracam się i widzę innego zawodnika. Nożeszty! Jak można tak blisko podpływać! Po chwili drugi raz identyczna akcja. Pytam się czy wszystko OK bo jestem pewien że taki strzał może znokautować. Nie chcę mieć nikogo na sumieniu. Pan mówi że OK i że to jego wina… no bez dwóch zdań… Mijam pierwszą boję, potem drugą. Powinno być łatwiej bo nie płyniemy już pod wiatr. Ale nie jest jakoś super łatwo. Opijam się ciągle wody, jak się później okazuje, doświadcza tego zdecydowana większość zawodników. Ten etap strasznie się dłuży. W pewnym momencie doganiają mnie najlepsi zawodnicy startujący po nas. Robi się ciasno ale na szczęście tylko na chwilę. Wreszcie dopływam do brzegu. Nie ma rampy tylko schody. Dość ciężko się wychodzi ale na szczęście można liczyć jak zawsze na pomoc wolontariuszy. Spoglądam szybko na zegarek… 45 minut… uuu, słabo… no nic trzeba się zbierać, dalsze etapy wzywają. Wcześniej jednak muszę dobiec jakoś do strefy zmian, a jest co biec :)

 

 Fot. Łukasz Czajka / Fabryka Triathlonu


Na podbiegu wyglądam jak na zdjęciu… słabo… mimo że samopoczucie OK. Dla mnie po wyjściu z wody zaczynają się zawody. Wreszcie rower gdzie można pocisnąć i nadrobić. Oraz bieg na który tak bardzo liczę.

Dobiegam do strefy zmian. Worek, szybkie zrzucenia pianki, założenie kasku, numeru startowego, okularów i śmigam po rower. Chwytam i wybiegam. Jak mega wygodnie biega się z rowerem na boso, z wpiętymi butami w rower! Dzięki Maciej że zmobilizowałeś mnie do tego w tym sezonie! 

Wreszcie belka startowa. Trochę się pogubiłem, chyba to przez zbytni rozpęd, za szybko chciałem wskoczyć… Ale raz, dwa i już jadę. Wkładając nogę do buta czuję już delikatny skurcz - to u mnie normalne, oby tylko dalej było ok. Jedziemy. Ale co to? Szykana przede mną! Trochę jestem zaskoczony ale widocznie tak trzeba było zorganizować miejsce nawrotu. Na początku Baraniaka, potem skręt w lewo w Jana Pawła II i kolejny w Warszawską. Jest zimno. Nie wziąłem bluzy o której myślałem wcześniej ale miałem nadzieję że rozgrzeję się jadąc. Więc jadę. I kręcę. Jesteśmy jeszcze w obszarze zabudowanym który trochę przekłamuje prawdziwą siłę wiatru ale już czuję że będzie do Kostrzyna mocno. Przy skręcie do ZOO najwięcej kibiców. Jest i Magda z Garnka Mocy. Dojeżdżając do wiaduktu w Antoninku spokojnie jadę 40 i więcej, a zjeżdżając z niego ponad 50 km/h. Wiem że to złudne i po nawrocie będziemy cierpieć. Widać już niektórych zawodników jadących w kierunku Poznania. Miny mają nietęgie ;) Start falami, szeroka trasa i dobra, aktywna praca sędziów powoduje że nie widać draftingu. Jakieś tam pojedyncze przypadki ale to margines. Po nawrocie jest zgodnie z przypuszczeniami. Ciężko. Prędkość raczej nie przekracza 30 km/h a czasem nawet spada do 26 i 25 km/h. Nic to, wysoka kadencja - bo zimno - i heja! No właśnie, nadal jest zimno. W głowie huczy od wiatru, z nosa kapie. Ale piękną jesień mamy tego lata! Znów na wysokości ZOO kibice dają czadu, na wcześniejszym odcinku jakoś ich brakuje ale to nie dziwne, przecież jesteśmy za miastem. Wreszcie nawrót i druga pętla. Trochę się przejaśnia. Z jednej strony to dobrze bo będzie cieplej z drugiej nie za bardzo bo od razu czuć spadek siły wiatru. A ja przecież chciałem mieć teraz do Kostrzyna znów turbo! I nic. Nie będzie. Prędkości już nie tak fajne jak na pierwszym kółku. A może to ja już tak osłabłem.

 

 

Fot. BikeLife

 

Łykam pierwszą dawkę magnezu aby powoli przygotować już się na bieg, w międzyczasie na całej trasie rowerowej wjeżdżają jeszcze 3 żyle. Miały być 4 - ale nie dałem rady… Po nawrocie moim oczom ukazują się piękne chmury. Nożeszty! Będzie mocniej wiać a teraz przecież tego nie chcemy! Normalnie ruletka. Trzeba robić swoje i myśleć już o biegu. Tam będzie cieplej, nie będzie huczeć, może będzie mniej wiać, no i będzie bliżej mety! Mimo to średnia z tego etapu 32,6 km/h całkiem przyzwoita jak na mnie. Jest i belka. Zeskok i już biegnę, czas rozruszać porządnie kości! Dobiegając do strefy wyprzedzam jeszcze dwóch zawodników. Odwieszam rower i mykam po worek na bieganie. Przed namiotem odwiedzam jeszcze ToiToi. Piłem na trasie jak zawsze ale było chłodno więc za dużo nie wypociłem z siebie. Buty, daszek i biegnę!

 

 

Fot. Weronika Poczwardowska // Fot. BikeLife

 

Kontrola czasu: 3:40:00. Kalkuluję końcowy czas… trzeba biec po 5:00 na km by złamać upragnione 5:30:00. Realne! Choć jeszcze przed zawodami zakładałem to jako plan minimum… a apetyt miałem jeszcze większy. Nic to. Taki jest triathlon. Nieprzewidywalny. Pierwszy kilometr jak zawsze torpedowy 4:15! Zwolnij, zwolnij! - wewnętrzny głos wydziera się co sił! Drugi km już po 4:28. Jest lepiej ale ciągle za szybko. Na tym dystansie myślę że stać mnie na średnie tempo na poziomie 4:45 i takie powinienem trzymać. Łykam zapobiegawczo drugą dawkę magnezu. Na 3 kilometrze łapię właściwy rytm. Ale co to? Cholera! Czuję mięśnie w prawej nodze. Jestem na pograniczu skurczy! NIEEEE!!! Tylko nie powtórka z roku ubiegłego! Proszę! Między 4, a 5 km muszę na chwilę stanąć i się rozprostować! Skurcz. W głowie burza myśli. Nie dam rady, dam radę, nie ukończę, zejdę, znów będę cierpiał… etc. Rozciągam się tak z 40 może 50 sekund. Po drodze mija mnie Przemek z Garnka Mocy pyta czy wszystko OK. No więc właśnie chyba ze mną nie OK … ale może się jakoś pozbieram… Ruszam powoli. Jest w miarę OK. No to teraz tylko przez resztę dystansu pozostaje się modlić! Na szczęście shot magnezowy wzięty zawczasu zaczął działać. W międzyczasie kończę pierwsze kółko. Pod zegarem największy rumor kibiców. Fabryka Triathlonu, TriClub, Garnek Mocy, mKON, jakieś cherleederki. Co tam się dzieje?! :) Mamma Mia! Jest genialnie! Głośny doping i muzyka niosą bardzo! Drugie kółko. Wyprzedzam Przemka który przed chwilą mnie minął. Trzyma równe tempo 5:00/km. Ja próbuję biec mocniej. Na szczęście skurcze pod kontrolą. Na trasie spotykam Zosię z KobietyBiegają, Dianę, Kasię z Fabryki Triathlonu i całą masę kibiców którzy bardzo motywują i dopingują. Z większością przybijam piątki. To uwielbiam na zawodach w Poznaniu! Trasa wokół Malty pod tym względem jest wyjątkowa!

 

 

 Fot. Łukasz Czajka / Fabryka Triathlonu // Fot. BikeLife


Dalsze kilometry upływają mi w równym tempie między 4:55 a 5:10. Sporadycznie przystaję na punktach żywieniowych by spokojnie łyknąć wody na przemian z izotonikiem. Trzecie kółko. Na podbiegu za trybunami spotykam mamę, co za niespodzianka! :) Wszystko pod kontrolą i zaczynam ponownie kalkulować czas. Jak mocno muszę biec, ile mam zapasu. Liczę kilka razy, by o czymś myśleć, dzięki temu szybciej mija czas. Za każdym razem wychodzi mi że powinienem zdążyć. Po drodze mija mnie jakiś jegomość w barwach LaboSport Team i pogania do szybszego biegu. Mówi że naskarży Bońkowi z Trisfery że tak wolną biegnę ;) Wieczorem okazuje się że to Kuba Sochal który zdobył 3 miejsce w swojej kategorii wiekowej. Czwarte kółko. Będę po styku z czasem. Z każdym okrążeniem uwielbiałem dobiegać do zegara i przebiegać przy trybunach. Masa kibiców. Doping niesie bardzo! Przybijam piątkę z Fabiszem który już jest w strefie finishera! Ten to ma dobrze! Mi brakuje jeszcze ok. 25 minut. Na ostatnim kółku w punktach żywieniowych biorę pomarańcze, zaczynam być głodny ;) Trochę jak w Sierakowie, od punktu do punktu po pomarańcze. Ostatnia prosta. Potem zegar i znów mega głośny doping kibiców.

 

 

Fot. BikeLife

 

Wreszcie czerwony dywan! Na zegarze 5:28 :)) Wreszcie wbiegam na upragnioną metę a spiker wyczytuje moje imię i nazwisko. META! FINISH! Znów się udało… ;))

 

W sumie jestem w całkiem dobrej kondycji. Wreszcie można się spokojnie i porządnie napić oraz najeść. Piwko, moje ulubione arbuzy, hamburger, lody, pyszny placek… Odpoczywam…

 

Fot. Joanna Pasierbińska

 

… aby już 9 sierpnia wystartować w Ironman 70.3 Herbalife Triathlon Gdynia - na tym samym dystansie ;) Trzymajcie kciuki! A za rok? Za rok w Poznaniu ponownie Challenge! Ale tym razem po raz pierwszy pełen dystans… będzie boleć!

 

Szaleni TRI-kibice! #swim #bike #run #triathlon #challengepoznan

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jasiek Kowalski (@jmjkowalski)26 Lip, 2015 o 12:08 PDT

Warto przeczytać także