Dodano 2015-05-11 przez Jasiek Kowalski
Ultramarton GWiNT - relacja

Po październikowym, poznańskim maratonie, który wypadł bardzo dobrze, chodził mi po głowie start na królewskim dystansie na wiosnę. Szukałem i kombinowałem jak by tu wcisnąć w kalendarz kolejne biegowe wyzwanie. Zupełnie przypadkiem dotarła do mnie informacja o GWiNT’cie… ale to przecież ultra! Ultra nie ultra, w sumie pomysł nie jest zły, tym bardziej że zaliczyłem go na wejściu - nie znając totalnie specyfiki biegów ultra - do małych ultra. W końcu to tylko 55 km, a biorąc pod uwagę fakt że podczas tej imprezy rozgrywane są jeszcze zawody na dystansie 110 km i 100 mil, to przecież te 55 km wyglądały w porównaniu do powyższych trochę jak jakiś kids run… ;) ...oczywiście tak tylko wmawiałem sobie i zagłuszałem wewnętrzny strach i niepokój.

Nie przygotowywałem się jakoś szczególnie do tego biegu - ot normalny cykl przygotowań do TRI sezonu… choć jak zwykle początek roku jest biegowy i zacząłem go od Maniackiej Dziesiątki, potem półmaratonu poznańskiego, a tydzień przed tym startem uczestniczyłem w Wings For Life World Run, do tego kilka dłuższych wybiegań ale naprawdę nic mega dużego i obciążającego.

 

I tak oto zjawiłem się w Hali Sportowej w Grodzisku Wielkopolskim na odprawie. Po odbiorze pakietu spotykam jeszcze również debiutującą w biegach ultra Zosię z Kobiety Biegają oraz poznaję Domi. Spotykam również kilka innych osób które startowały w roku ubiegłym i dają kilka cennych wskazówek m.in.: „… po pewnym czasie od startu na trasie jesteś sam, nikogo przed Tobą, nikogo za Tobą…” hmm… tego to się nie spodziewałem. Wstępnie wyznaczam sobie luźny cel na dobiegnięcie w 6 godzin do mety. Choć nie wiem czego spodziewać się po tak długim dystansie, po tej trasie. Pełno znaków zapytania. Wiem jedno, nie spinam się i nie biegnę za wszelką cenę na tempo ani na czas. Niech poniosą mnie nogi i odrobinę rozsądku i szacunku do tego nowego dla mnie dystansu. 

Niespełna 240 zapisanych osób na moim dystansie, w tak kameralnej imprezie jeszcze nie uczestniczyłem!

 

W całych zawodach uczestniczy kilku bliższych i dalszych znajomych. 18 godzin wcześniej na dystansie 100 mil wystartowałem Marek Dembiński, który finalnie jednak nie ukończył biegu i zszedł z trasy na 103 km. Mimo wszystko gratulacje i wielki szacunek! 9 godzin wcześniej, na dystansie 110 km startuje Piotr Boulange, założyciel ClockWork w Warszawie i prekursor coworkingu. Gorąco mu kibicuję, a on chwilę przed startem rzuca mi wyzwanie zabawy w berka… ;) Challenge accepted!

 

Podczas krótkiej odprawy utknęło mi w pamięci kilka cennych wskazówek które potem okazały się prorocze… Pierwsza z nich to informacja iż trzeba rozglądać się dookoła aby szukać znaczników na trasie, która ma typowo crossowy charakter. Znaczniki miały być rozlokowane dość gęsto, tak że zawsze przed oczyma mieliśmy mieć jakiś znak oznaczający że jesteśmy na właściwej drodze. Jeśli go nie widać, oznacza to że trzeba się cofnąć do najbliższego punktu w którym go widzieliśmy i tam szukać odpowiedniej drogi. Z drugiej strony do zegarka wrzuciłem plik z trasą więc nie specjalnie brałem pod uwagę zagrożenie zgubienia śladu…

Druga z cennych informacji to fakt że mamy bacznie obserwować innych zawodników i w przypadku kiedy widać że coś jest nie tak, zapytać się czy pomóc, ewentualnie interweniować. Zdrowie i życie innych zawodników jest przecież dużo cenniejsze niż dotarcie do mety o kilka minut wcześniej - niby całkowicie słuszne i oczywiste… ale przy tak kameralnej imprezie te słowa nabrały potem zupełnie innego wymiaru.

 

Tuż po odprawie udaliśmy się do… autokarów. Tak, tak - start odbywał się z Nowego Tomyśla, a meta zlokalizowana była w Grodzisku Wielkopolskim - więc trzeba było tam jakoś dotrzeć. Tuż przed dotarciem do celu autokary mijają kilku zawodników którzy są na trasie 110 km i 100 mil… cóż… endorfin brak. Na twarzach skupienie i grymasy za którymi stoją z pewnością zmęczenie i ból. Żarty się skończyły. Dojeżdżamy na rynek. Prawie godzina do startu. Jeszcze chwila rozmowy z zawodnikami i Zosią z KB. Potem już skupienie i nerwowe wyczekiwanie na start…

   

Wreszcie zbieramy się na głównej alejce, kilka oficjalnych przemówień, biało-czerwone balony przygotowane i START! Policyjny radiowóz eskortuje nas przez ulice Nowego Tomyśla. Tempo bardzo spokojne… 5:40/5:50… miałem nie patrzeć na zegarek… upsi…

Na początek asfalt, potem wbiegamy na utwardzoną drogę, a następnie między pola. Trasa już od tego miejsca wydaje się ciekawa. Na razie jest płasko. Spokojnie trzymam się małej grupki. Jedna kobieta Arleta (503) i mężczyzna w sile wieku - Grzegorz (366). 15-to kilometrowy odcinek do Wąsowa mija jak po sznurku. Spokojnie, trasa niezbyt wymagająca. Pierwszy żel przyjęty na 8 km trasy. We Folwarku Wąsowo czuję się jak po małej rozgrzewce. Oddech niezakłócony, żadnych większych oznak zmęczenia. Spotykam Piotra Wiełę - osobę która od lat zarządza tym ośrodkiem. Ostatni raz byłem tam z 20 lat temu, folwark wyglądał zupełnie inaczej. Teraz jest tam naprawdę pięknie i wyjątkowo. Wspominamy sobie stare czasy przez kilka chwil, szybki posiłek - krakersy, ser, trochę izo, fotka :) i biegniemy dalej.

 

 

13-to kilometrowy odcinek do Porażyna biegnę generalnie sam. Zawodnicy już rozciągnęli się na trasie tak że trudno złapać osobę biegnącą tym samym rytmem. Przez kilka kilometrów biegnę zdecydowanie poniżej 6 min/km. Słonko zaczyna przyświecać i robi się naprawdę ciepło - niedobrze. Ale biegnie się wyjątkowo dobrze, wyprzedzam biegacza za biegaczem. Po raz pierwszy mijam zawodnika która startuje na dystansie 100 mil. Oklaski, gratulacje, widać że jest im to bardzo potrzebne. Cieszę się że mogę tak ich wesprzeć. Mijając takich zawodników mam naprawdę ciarki na plecach, pełen szacunek do wyzwania którego się podjęli, do dystansu który już pokonali oraz tego który jeszcze przed nimi. Trzymam za nich mocno kciuki. Znów dwie osoby przede mną, wyprzedzam i już odruchowo spoglądam na numer startowy… 110 km… chwila przebłysku… to Piotr Boulange! Zwalniam do jego tempa, chwilę idziemy i rozmawiamy. Co za spotkanie! Od jakiegoś czasu gdzieś tam ciągle mijamy się. Chciałem bardzo go spotkać i poznać, a proszę - taka biegowa okazja! Piotr opowiada o ciężkim poranku, o narastającym zmęczeniu, w końcu na trasie jest od 3:00 w nocy, a teraz mamy godzinę ok. 14:00. Opowiada również o swoich „drinkach” w bukłaku - co tam dosypuje, co go trzyma w formie. Widać że jest dobrze przygotowany do tego biegu. Mówimy sobie do zobaczenia na mecie, a już po kilku metrach przypomina mnie się o jego wyzwaniu i wołam głośno: BEREK! :)

Staram się wrócić do swojego tempa i na szczęście udaje się to bez większych problemów. Drugi żel. Droga rozwidla się, widzę pierwsze znaczniki zwiastujące obranie właściwej drogi ale nie wiadomo czemu odbijam w to szersze rozwidlenie. Na szczęście zza pleców słyszę okrzyki wyprzedzonych przed chwilą biegaczy… przebiegam tym odcinkiem jakieś 100 metrów, odwracam się i już widzę że źle skręciłem. Na szczęście to tylko 100 metrów, skrót przez ściółkę leśną i jestem już na właściwych torach. Muszę się pilnować… tak, tak. 

 

25 z 55 km... :) #run #cross #ultra #gwint

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jasiek Kowalski (@jmjkowalski)9 Maj, 2015 o 5:34 PDT


Po kilku kilometrach jestem na 25 kilometrze trasy, coś tam grzebię w telefonie, biegnę, biegnę szeroką drogą… i nagle chwila zawahania… nie widziałem żadnych znaczników! Nerwowo przełączam mapę w zegarku… cholera jestem poza trasą. Ależ jestem zły! Za mną jeszcze jedna osoba którą wyprowadziłem w pole. Krzyczę że pomyliłem chyba drogę… cofamy się… wg zegarka 300, 400 metrów, tętno mocno w górę, przyspieszam, jest nerwowo. Drugi raz to samo! Wreszcie odnajduję kilka znaczników które wyraźnie wskazują odbicie z głównej piaszczystej drogi w wąską leśną ścieżkę. Staram się wyrównać tempo ale ta pomyłka kosztowała mnie z pewnością trochę nerwów i energii… szkoda. Straciłem przynajmniej 700 metrów. Wreszcie po kilku kilometrach dobiegamy do kolejnego punktu - Porażyn. Tutaj spotykam chłopaków którzy zwracają mi z uśmiechem uwagę że już dwa razy pomyliłem trasę. Spotykam także Grzegorza który mobilizuje mnie abyśmy pobiegli razem. I znów szybkie dwa, małe kubeczki izo, krakersy i lecimy dalej. Ta przerwa była za krótka… trwała trochę ponad minutę, może dwie… niepotrzebny pośpiech. Błąd.

 

10-ciu kilometrowy odcinek do Lasówki jest dla mnie przełomowy. Niestety w złym tego słowa znaczeniu. Po pierwszych dwóch, trzech kilometrach mamy z Grzegorzem problem z utrzymaniem tempa, jakiegokolwiek tempa biegowego. Pocieszający jest tylko widok że coraz więcej biegaczy przechodzi do marszu. Grzegorz wpada na słuszną strategię 6 minut biegu, 1 minuta marszu. Na początku jest OK, jakoś idzie. Ale po kilku kilometrach wymiękam. Puszczam Grzegorza dalej samego. Minuta przerwy to dla mnie za mało, robię, dwie, trzy, potem bieg. Jest coraz ciężej. Nie przyjmuję żelu - co niestety jest kolejnym błędem i podjadam tylko batona którego otworzyłem już przed PK-O Porażyn. Na ostatnich dwóch kilometrach tego odcinka spotkam Zosię i Domi, „łapię się” je kurczowo i nie puszczam ;) Dziewczyny naprawdę wyprowadziły mnie z tego kryzysu i zmobilizowały do dalszego nieprzerwanego biegu. Szybko dobiegamy do kolejnego, ostatniego już przed metą PK-O Lasówki. Tam porządna cztero-, może nawet pięcio-minutowa przerwa. Wpadam nawet do normalnej łazienki, zamaczam głowę pod kranem… jak dobrze! Spłukuję sól z twarzy i porządnie orzeźwiam się. Tankuję bukłak litrem świeżej wody (wypiłem już de facto 1,5 litra z bukłaka + ok 0,7 litra izo z kubeczków na punktach żywieniowych), podjadam pomarańcze - to był dobry wybór! 

 

Zosia z Domi zbierają się, a ja podświadomie wiem że muszę się ich trzymać. Wyruszamy na ostatni 17-to kilometrowy odcinek do Grodziska. Odcinek „na dobicie” - tak organizator go nazwał w opisie trasy… i taki też był. Bezlitosny. Biegniemy razem, a po ok 1 km zaczyna się prawdziwy cross - przed którym organizator ostrzegał na odprawie i radził oszczędzać siły. Drzewa, konary, droga która już momentami wymusza od nas marszu. I dobrze. Można chwilę odpocząć. Las tuż obok jest przepiękny, cały pokryty zielonym dywanem.

Zosia robi kilka zdjęć na bloga, a ja proponuję jej aby robiła to częściej. Przynajmniej jest „oficjalny” czas na odpoczynek… nie daje się jednak podpuścić :) Dziewczyny biegną wyjątkowo równo, nie widać po nich żadnego zmęczenia, sprawiają wrażenie jakby były weterankami biegów ultra. Są naprawdę niesamowicie mocne… za mocne jak dla mnie.

Na 42 km muszę odpuścić. Życzę im powodzenia i przechodzę do marszu. Czuję każdy mięsień, czworogłowe bolą już mnie od dobrych dziesięciu kilometrów ale teraz to już naprawdę przeszkadza w biegu. Nie jest dobrze. Do tego momentu generalnie maszeruję i czasem podbiegam bo wiem że jak będę tylko maszerował to zastygnę, to zastanie mnie noc. 

 

Ból to ściema! 12 km do mety! #cross #gwint #ultra #run

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jasiek Kowalski (@jmjkowalski)9 Maj, 2015 o 8:01 PDT 

A trasa? Trasa robi się hardcorowa. Moim oczom ukazują się podbiegi, jeden za drugim, każdy na kilkadziesiąt metrów. Są naprawdę strome. U ich szczytu staram się delikatnie zbiegać w dół. Ależ cross! Skąd tutaj takie górki?! Jest naprawdę ciężko. Mam wrażenie że czasem chwieję się na nogach… ale to nie tylko moje odczucie. Na jednej z ostatnich górek „zawiało” jakby mocniej. Ekipa która centralnie odpoczywa i piknikuje na jej szczycie pyta się czy wszystko dobrze. Odpowiadam tak, ale wiem że tak nie jest. Mówią żebym usiadł. Grzecznie siadam, nawet nie wiem czemu. Minuta, dwie, może trzy. W oddali słychać grzmoty i burzę. No pięknie! Choć w sumie dobry prysznic nie będzie zły. 

 

Na tych ostatnich kilometrach widać solidarność biegaczy, każdy pyta się czy ok, co pomóc, co podać. Nie spotkałem się jeszcze z taką troską wcześniej. To jest naprawdę wyjątkowe. Górki powoli kończą się. Teraz Ci których wyprzedzałem między 15 a 30 km wyprzedzają mnie. Wszystkich prawie poznaję. Trasa się wypłaszcza. Co chwilę spoglądam na zegarek i przełączam w tryb aby pokazywał mi ile zostało do mety. Niby niedużo, na początku 11 km, potem 10, 9… ależ te kilometry strasznie wolno uciekają, wolno bo zbyt dużo jest marszu w porównaniu z biegiem. Początkowo te marszobiegi były w tempie 7, 8 min/km. Potem wydłużyły się do 9, 10… wolno, bardzo wolno. Kończy się las, wychodzę (bo już przecież nie wybiegam) na drogę między polami, widać gospodarstwo, w oddali grzmi, ciemne chmury zbliżają się… a ja już powoli modlę się nad zegarkiem i ostatnimi kilometrami które zostały mi do mety. Czasem podbiegam. Te podbiegi i to że znajduję jeszcze na nie siłę jakoś trzymają mnie przy życiu. Skoro daję radę to znaczy że jeszcze nie jest ze mną tak źle… ale tak naprawdę było nie najlepiej.

 

Dobijam do drogi asfaltowej, a przy niej chodnik. Idę. Na krawężniku siedzi biegacz, mijam go ale nie wiem czemu odwracam się, spoglądam na numer startowy… 100 mil… i znów mam TE dreszcze na ciele. Zatrzymuję się. Obok niego leży nadgryziony Snickers. Pyta się czy mam izotonik. Odpowiadam nie, ale wodę, żele, tak. Kręci głową. Pytam się czy wszystko ok. Odpowiada nie. Pomyślałem sobie że nie jest dobrze. Mówi że ma zawroty głowy, zbiera mu się na wymioty, problemy ze wzrokiem, z koncentracją… ale jakoś te słowa nie docierają do mnie. Myślę sobie  - że to normalne… przecież też to mam… :) Na końcu dopowiada… „nie dam rady”. A ja na to „co nie dasz rady?”. Odpowiada: „nie dotrę do mety”. W głowie jak piorun pierwsza myśl… „co Ty ku… pier…! jak to nie dasz rady?, przebiegłeś 157 km i nie dasz rady ukończyć tego biegu?, tych pier… 3 km?” Przekazuję mu te myśli w jakiejś dyplomatycznej formie. Podjeżdża samochód. Chyba organizator. Zadaje te samy pytania co ja. Otrzymuje te same odpowiedzi. Dzwoni po jakieś drugie auto. Chyba po ambulans… ale coś nie mogą się dogadać w którym miejscu jesteśmy. 100-miliowiec pyta czy ma izo. On z rozbrajającą szczerością odpowiada: „pewnie, jakieś 25 litrów!” Spoglądam się na pole przez które przed chwilą przemierzałem. Ściana wody! Burza jest już tuż, tuż. Nagle dochodzi do nas. Organizator proponuje abyśmy wsiedli do jego auta. To był dobry pomysł. Deszcz nie pada… to jest ściana wody. W aucie nasz 100-miliowiec i ja tankujemy się izo… napój bogów! Chłopak nabiera kolorów, a ja ciągle powtarzam: ogarniaj się i spadamy do mety. Chyba zaczynał łapać co do niego mówię, chyba zaczął w to wierzyć… „ok, spróbuję”. Zaczynają przeszywać go dreszcze z zimna. Na szczęście delikatnie się wypogadza. Organizator daje tylko mi do zrozumienia że jak zamierzam go eskortować do mety to OK, ale jeśli nie, to nie pozwoli mu się ruszyć dalej. Odpowiedź jest oczywista. Idziemy razem do mety! Nie pozwolę aby 3 kilometry przeszkodziły w ukończeniu tego biegu… biegu?… tej 24-godzinnej walki na trasie. On musi ukończyć ten bieg! Krzysiek - bo tak miał na imię mój 100-miliowiec jakoś wysypuje się z auta… no bo trudno to nazwać wyjściem. Ale wstaje. Idziemy. Na początku bardzo powoli. Musi… musimy się rozgrzać… ja też trochę zmarzłem. Jest OK. Spokojnie idziemy. Ktoś przy płocie pyta się ile kilometrów zrobiliśmy. Ze spokojem odpowiadam że ja tylko 53, ale koleś obok mnie prawie 160… dobrze że Pan trzymał się płotu inaczej na pewno by się przewrócił z wrażenia… było słychać jak jego szczęka odbiła się od ziemi i wskoczyła mu z powrotem w zawiasy… serio. Po drodze wyprzedza nas jeszcze z kilkunastu albo więcej biegaczy. Większość pozdrawia się nawzajem, odpowiadamy za każdym razem. Wyprzedza nas jeszcze dwóch zawodników za 100 mil. Krzysiek ich zna, opowiada mniej więcej kiedy z nimi dziś, wczoraj biegł. Opowiada o zmęczeniu, o nocy w lesie, o przeprawach przez rzekę. Rozmawiamy trochę o mnie, o naszych żonach, o moich chłopakach. Temat w pewnym momencie skręca na triathlon. Krzysiek jest pełen podziwu dla triathlonistów… No to wytłumaczyłem mu że wg mnie patrząc na niego i innych ultrasów to triathloniści to takie duże dzieci z zabawkami… nie można porównać biegów ultra na tych dystansach do triathlonów. W triathlonie masz trzy dyscypliny, w każdej z nich pracują różne mięśnie. Jak jedne odpoczywają to inne pracują - i tak na zmianę. W bieganiu ultra napierasz non stop tymi samymi partiami mięśni - to istna rzeźnia. Bez porównania. 

Tak nam powoli mija droga do mety, po drodze jeszcze sporo innych zawodników, kibiców, mieszkańców Grodziska - wszyscy pełni podziwu. Jestem naprawdę dumny z faktu że mogę eskortować Krzysia do mety… Na koniec pytam się, bo ta myśl nie daje mi spokoju, „ale końcówkę biegniemy?”. Odpowiada tak… :) Docieramy wspólnie do mety! Wielka radość! Na mecie jego żona/dziewczyna… fajny widok. Cieszę się naprawdę mega! Mój czas: ponad 7 godzin, jego: ponad 25… Ale to dziś nie było ważne. Nie miało dla mnie żadnego znaczenia…

 

I did it! 55 km #ultra #gwint #cross #run

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jasiek Kowalski (@jmjkowalski)9 Maj, 2015 o 10:41 PDT

ps. 

Domi i Zosia kończą bieg w rewelacyjnym czasie 6:14 jako 6. i 7. kobieta na tym dystansie. Ponadto Zosia zdobywa PIERWSZE miejsce w kategorii wiekowej. Co za debiut! :)

Piotr Boulange kończy natomiast swój dystans 110 km w czasie 18:07. 

SZACUN dla wszystkich uczestników tego biegu, tych co dotarli do mety ale też tych którym tym razem się nie udało! Gratulacje, jesteście WIELCY!

WIELCY są również nasi kibice i rodziny! Dziękujemy!

Fotografie: Piotr Wieła (Folwark Wąsowo), Piotr Oleszak, materiały własne

 

UAKTUALNIENIE – uściślenie kilku faktów, które wyjaśniły się po umieszczeniu wpisu na moim blogu... :)

Okazało się iż osoba który pomagała nam na 3 kilometrze od mety to nie przedstawiciel Organizatora, a biegacz i kibic MAREK z Wolsztyńskiego Klubu Biegowego. Marek pomagał w zawodach (razem ze swoją żoną i córką) i robił to nie tylko na końcowym etapie ale również w nocy!, na punkcie w Kuźnicy (65 km) dla 100 milowców. Z jego sprostowania wynika także, iż izotonika miał tylko 20 litrów nie 25 :) – tyle zostało mu z punktu z Kuźnicy :) No i bardzo ważny fakt który pominąłem jest również taki iż w jego samochodzie było bardzo ciepło i sympatycznie :) W sumie to nie chcieliśmy z Krzysztofem wychodzić z jego auta ale mobilizowało nas to piwo na mecie :)

MAREK bardzo Tobie dziękujemy!

Takiej pomocy i takich kibiców życzmy sobie na wszystkich biegach!

Warto przeczytać także