Dodano 2014-09-15 przez Jasiek Kowalski
Poznań Bike Challenge - relacja

Dwa koła. Sto kilometrów. Peleton. Drafting dozwolony. Pod tymi hasłami kryje się Poznań Bike Challenge – miejski wyścig rowerowy, który przechodzi już powoli do historii.

Dojeżdżam na linię startu w asyście setek kolarzy. Sektor A. Kiedy się zapisywałem zadeklarowałem średnią prędkość 35 bądź powyżej 35 km/h. Tak blisko linii startu jeszcze nigdy nie byłem :) Duży stres bo poznaję z widzenia wiele osób z czołówki TRI w Poznaniu. Oglądam się za siebie, a tam dosłownie Morze Kasków. Końca nie widać. Do tego blask wschodzącego słońca powoduje że ten widok zapamiętam na długo. Jak to mówią: EPICKO.

Krótka rozgrzewka i czekamy na sygnał do startu. 9:00 mija. 9:15, 9:20… nadal stoimy. Jest opóźnienie. Policja ponoć nie dała jeszcze zielonego światła do startu. Spiker próbuje załagodzić sytuację i wpada z deszczu pod rynną dopingując zawodników do oklasków dla zapracowanych policjantów. Słychać gwizdy.

9:29 START. Trochę obawiałem się tego momentu ale start jest sektorami, po kolei. Na początku nie jest więc źle. Trochę się rozjeżdżamy i zaczyna się szarża. Początkowe kilometry są mocne, średnia ponad 40 km/h. Dużych peletonów naturalnie jeszcze nie ma, raczej grupki osób, choć większość na początkowych kilometrach jedzie raczej indywidualnie. Przejazd przez miasto bardzo fajny i efektowny… szczególnie jak na jednym ze skrzyżowań, przejeżdżający po torach tramwajowych gubią bidony jeden za drugim :)

Na Garbarach powoli widać coraz większe grupy osób. Przeskakuję z jednej do drugiej badając na ile mnie stać… choć wiem że daleka jeszcze droga. Tętno pod 180. Za mocno. Na szczęście przed sobą widzę peleton. Szybka decyzja. Muszę tam dołączyć. Nie zajmuje to bardzo długo ale okupuję to już niezłym zmęczeniem. Trzymam się z tyłu peletonu i odpoczywam. Tak to przejeżdżam na względnym spokoju przez Gnieźnieńską i Kobylnicę. Szum opon i świst powietrza – peleton i drafting fajna rzecz (ale w TRI oczywiście NO DRAFTING, fair play only!). Po drodze łapie nas jeszcze peleton na którego czele jedzie tandem. Łączymy się. Punkt żywieniowy na 25 km mijam nie biorąc nic. Jest ciasno i omal nie dochodzi do kraksy. Łykam żel, popijam wodą i lecę dalej choć peleton niestety po strefie rozrywa się i tracę kontakt z pierwszą grupą. Średnia prędkość mega pozytywnie mnie zaskakuje i delikatnie przekracza 37 km/h. Staram się ciągnąć w pojedynkę. Mijam Lednogórę, po drodze wyprzedzając jeszcze kilku pojedynczych zawodników. Są momenty kiedy jadę sam, daleko w oddali kogoś widać, za mną również – ale to bardzo duże odległości. Od tego momentu średnia delikatnie spada. Gdzie te 2000 zawodników? Parę osób mnie dochodzi albo ja dochodzę kogoś. Już nie pamiętam. Tworzymy małą grupkę w której razem z jeszcze jedną osobą nadajemy jakieś tam przyzwoite tempo. To okolice 50 km. Czuję już zmęczenie, muszę zluzować bo w tym tempie wiem  że mogę mieć problem aby dojechać. W międzyczasie nie wiem czemu przegapiam moment w którym powinienem zatankować. Brak tego żelu wyjdzie 20 km dalej. Zjeżdżam do lewej krawędzi, zwalniam i macham już niezdarnie ręką aby ktoś mnie zmienił… cisza. Nikt się nie kwapi. Wszyscy na kole. No nic. Nie to nie. Nauczony samotnej jazdy w triathlonie jakoś staram się to ogarnąć. Wreszcie doganiają nas duże peletony. Nie starcza mi jednak sił na trzymanie tempa i odpuszczam. Zaczynają się odcinki z fatalną nawierzchnią. Jest jak na tarce i trzeba bardzo uważać. To spowolnia mnie jeszcze bardziej i między 73 a 80 km łapię potężny kryzys. Nie mam sił. Odcięcie. Średnia leci na łeb, na szyję i spada do 34 km/h. Jestem między Wronczynem a Tucznem. Chwytam po batona energetycznego którego wciągam tak jakbym nie jadł nic od dłuższego czasu. Ktoś oferuje pomoc i załapanie się na kole ale to jeszcze nie ten moment. Odpuszczam by odrodzić się po 80-tym km. W okolicach Wierzonki łapię się na większy peleton który dogonił mnie ale mam już na tyle sił że mogę ciągnąć dalej i trzymać koło w tyle peletonu. Tuż przede mną strzela opona. Niezły huk. Do tego momentu nie widziałem żadnej kraksy, jedynie pojedyncze przypadki wycofania się z wyścigu – awaria, dętka. Jesteśmy z powrotem na Gnieźnieńskiej. Tempo rośnie. Jedziemy ponad 40 km/h, a sprzyja ku temu spadek nachylenia trasy. Na wysokości cmentarza mocne dohamowanie. Karetka. Kilka osób leży na poboczu, mocno się poobijali. Na Głównej znów tracę kontakt z grupą. Szykuje się samotny finisz. Na rondzie Śródka na szczęście policjant dobrze mnie kieruje w lewo a potem w prawo. Ponoć niektórzy przelecieli prosto i musieli się cofać. Czuję już mocno nogi i skurcze są już na granicy. Ale to przecież finisz! Nie mogę odpuścić. Tym bardziej że od 20 kilometrów średnia już rośnie i jest w okolicach 35 km/h. Biorę to za cel. Nie może być niżej. Mijam pojedyncze osoby. Na Baraniaka nie ma że boli. Kręcę ile mogę i wydaje mnie się że jadę z 50 km/h… META… okazuje się później że dojeżdżam na metę z prędkością ledwo 36 km/h… średnia równo 35 km/h. Czas: 2:50:16. Miejsce 395. W kategorii wiekowej 73.

Dojazd do strefy finishera to próba złapania oddechu i wyrównania tętna znów spod 180 uderzeń. Zsiadam z roweru. Na szczęście nie wywinąłem orła…

Odbieram medal. Ależ on wielki i ciężki! Zdecydowanie NAJ w mojej kolekcji. W tym roku 10-ty… :)

W strefie finishera jakoś dochodzę do siebie… przede mną jeszcze Kids Challenge na 6 km… jak ja dam radę jeszcze ujechać te 6 km? :) Tuż przed startem rywalizacji dla dzieciaków dowiadujemy się że nie ma ona formy rywalizacji a jedynie wspólnej przejażdżki. Czas indywidualnie nie będzie mierzony. W sumie to dobrze. Filip ma radochę! To najważniejsze. Na ściganie się jeszcze przyjdzie czas…

Dojeżdżamy wspólnie do mety, odbiera medal i masę upominków. Maks także, mimo że nie jechał :) ale za to gorąco kibicował!


Fajna, rowerowa sobota podczas której przejechałem najwięcej kilometrów w ciągu jednego dnia… do pełnego, rowerowego dystansu IronMan’a jeszcze sporo mi brakuje. Chyba zrewiduję plany i przesunę ten start na 2016 rok…

 

Zdjęcia: BIKELIFE, mat. własne

Warto przeczytać także