Dodano 2014-08-01 przez Jasiek Kowalski
Zwyciężyć znaczy ukończyć

Enea Poznań Triathlon można by streścić w jednym zdaniu: Zwyciężyć znaczy ukończyć! :) To były definitywnie jednie z najcięższych zawodów w jakich ukończyłem, w których naprawdę musiałem zmagać się z własnymi słabościami, chyba po raz pierwszy aż tak boleśnie. Nie było mowy o życiówce, o walce z czasem, to był prawdziwy pojedynek samego z sobą.

W piątek, czyli na dwa dni przed moim dystansem pojawiam się na konferencji prasowej jako redaktor portalu Triathlonowy.pl. Prowadzący konferencję próbuje nakręcić przeciwko sobie MACCĘ - gwiazdę tego weekendu oraz Kacpra Adama - bezskutecznie. Padają wyważone wypowiedzi choć u Kacpra czuć wolę walki i chęć złamania 4 godzin. Trasa jest szybka więc szanse na pewno są… zapowiada się naprawdę gorący weekend!

Dzień przed startem pojawiam się jeszcze na końcówce startu dystansu 1/4. Nie chce mnie się wierzyć że Darek Kowalski ograł Maccę - a jednak! :) Pogoda iście afrykańska. Ponad 30 stopni. Wiele osób mówi o wykończonych dziś zawodnikach na trasie biegowej… niedobrze… ale co będzie jutro? Przecież dystans jest dwukrotnie dłuższy!

W dniu startu szybkie śniadanie, dojazd do Malty i już byłem w strefie zmian. Wszystko przygotowane jak należy, choć zawsze mam przeczucie że czegoś zapomniałem.

Koło ósmej, czyli na godzinę przed startem udaję się do punktu zbiorczego czyli wspólnego namiotu Trisfery i Triclub’u. Świetna inicjatywa i piątki z wieloma osobami które wcześniej znałem tylko z facebooka ;) Wspólnie z Marcinem Fabiszewskim robimy krótką rozgrzewkę i rozciąganie. Po ostatnim starcie w Radkowie boję się o skurcze które dwa dni po starcie w Kołobrzegu dały mi ostro popalić…

Tuż przed 9:00 wskakujemy do wody wspólnie z Pawłem Bonieckim i Piotrem Pasierbińskim. Jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i wyczekujemy na huk armaty… :)

Start mega tłoczny. Po gigantycznym korku na starcie udaje mnie się znaleźć swój tor i płynąć własnym rytmem. Do pierwszej boi trochę nerwowo i zdarza mnie się wpłynąć w boje kierunkowe, co jakiś czas łapię nogi jakiegoś zawodnika. Po drugiej boi łapię rytm i spokojnie płynę - czuję się dużo pewniej niż rok wcześniej na dystansie 1/4. Płynie się dobrze. Tylko kraul. Kiedyś włączałem żabę ale teraz już mi to przeszkadza. Czas lepszy niż zakładałem - 42 minuty. 

Po szybkiej zmianie w T1 na rowerze do 50 km jadę ostrym tempem… pewnie za ostrym, co wyszło w kolejnym etapie ;) W pewnym momencie dochodzę do średniej ponad 36 km/h…

Pozostałem kilometry do mety jadę już spokojniej i staram się nie szarżować, robi się coraz bardziej gorąco i temperatura zaczyna już być dokuczliwa. Boję się również o defekt, tego dnia to prawdziwa plaga. Nie dość że Macca nie kończy właśnie z tego powodu, to na końcowym odcinku widzę przynajmniej 6 rowerzystów na poboczu… Czas na rowerze bardzo przyzwoity - 2:40. Jest dobrze. 

Po zejściu z roweru czuję już się trochę zmęczony i obawiam się biegania… a na bieganiu zaczyna się prawdziwa walka. Przedtem jednak po dobiegnięciu do swojego stanowiska w T2 zanim odkładam rower… odpinam kask, co nie uchodzi uwadze sędzinie i dostaję ponownie (tak jak w zeszłym roku) żółtą kartkę (ale tym razem za inne przewinienie), świadomość 6 minut kary wybija mnie trochę z rytmu ale staram się tym nie przejmować za bardzo. O dziwo w końcowych wynikach kara ta nie zostaje ujęta. 

Etap biegowy rozpoczęty. Tempo w normie, nawet za szybkie, 4:45/km… i to by było na tyle z dobrego tempa… Na drugim i trzecim kilometrze łapią mnie potężne skurcze uniemożliwiając mi bieganie i poważnie spowalniają. Na początek jedna noga, potem druga. Zapominam o 6 minutowej karze bo już wiem że te 6 minut dzisiaj nie będzie w ogóle ważne. Mogę dostać i nawet 20 minut kary… byle by tylko dobiec. Obawiam się nawet że nie ukończę… do zrobienia mam przecież 4 kółka wokół Malty. Udaje mnie się na szczęście jakoś rozciągnąć ale niestety oznacza to dużo wolniejsze tempo niż zakładałem. Skurcze powracają co kilka kilometrów i półmaraton zamienia się w półbieg. Wyczekuję jak zbawienia punktów żywieniowych z wodą, kurtyn wodnych i worków z lodami, które towarzyszą mi prawie przez cały bieg. To są definitywnie najdłuższe moje 21,2 km… nie przypuszczałem że tak wolno można w ogóle biec :) 2:26… dramat ;)

Krzyk rozpaczy czy przyjemne orzeźwienie? - teraz już nie pamiętam :)

Ania Ranoszek (kolka) vs Jasiek (skurcze) - 1:0 :)

Kibice i doping dają naprawdę dużo siły i motywacji - to dzięki nim nie poddaję się na trasie biegowej. Niektórzy polewają wodą, wykrzykują imię zawodników, w momentach naprawdę kryzysowych motywują do włączenia trybu bieg. Naprawdę wielu zawodników nie kończy tego dnia tych zmagań.

 

Dobiegam do mety z czasem 5:55… o 5 minut wolniej niż rok wcześniej w Suszu gdzie na dodatek etap pływacki postanowiłem zaliczyć bez pianki. 30 minut poniżej zakładanego czasu... a te 30 minut straciłem tylko i wyłącznie na etapie biegowym.

 

Długo dochodzę do siebie w strefie dla zawodników. Zaliczam tam również basen z zimną wodą który koi moje zbolałe mięśnie… jest tylko jeden problem… nie mogę się podnieść :) jakimś cudem wstaję jednak i wychodzę z basenu. Arbuz, małe piwo, pizza, sok… jem jak na kacu, nic nie smakuje - ale to norma - tak już jest na mecie. 

Ten start pokazał że dobre pływanie i rower to nie wszystko. Na biegu można wygrać zawody… ale można też przegrać i zaprzepaścić wszystko to co wykręciło się wcześniej. Bolesna nauczka. Mimo wszystko cieszę się że udało się ukończyć i zwyciężyć! :) 

A już 10 sierpnia w Gdyni, ponownie 1/2 i druga szansa na poprawę życiówki. Cel - poniżej 5:30… może się uda ;)

Trzymajcie kciuki!

 

Foto: Krzysztof Suwała, BikeLife

Warto przeczytać także