Dodano 2014-06-23 przez Jasiek Kowalski
Od morza po góry - relacja
Startu w Kołobrzegu nie planowałem na początku tego sezonu. Nie mogłem jednak nie wystartować w sytuacji kiedy pakiet startowy sam do mnie przyszedł w Sierakowie :) udało mnie się go wygrać w przeddzień mojego startu podczas kibicowania zawodnikom zmagającym się na dystansie ½ Ironman.
 
Im bliżej startu tym bardziej byłem podeskscytowany szczególnie pływaniem które miało być rozegrane na otwartym morzu. 
Warunki morskie nie są mi obce, gdyż od prawie 20 lat moją pasją jest windsurfing. Pływałem już na wielu akwenach ale jeszcze nigdy bez żagla i deski... no chyba że akurat musiałem gonić sprzęt ;) Trening w morzu zrobiłem już sobie dwa tygodnie wcześniej we Władysławowie, do którego zawitałem w celach zawodowych. Smaczku całej wyprawie dodawał fakt że od dawna miałem już zaplanowany start w Radkowie... w górach... 2 dni później. Dodatkowym atutem, przemawiającym za startem w Kołobrzegu był fakt że uczestnikom tego etapu Enea Tri Tour będą przyznane podwójne punkty w klasyfikacji cyklu. 
 
Wyjazd logistycznie zorganizowałem w wersji dla wariatów - czyli 3:50 pobudka, 4:30 wyjazd, 8:15 Kołobrzeg, 11:15 zawody, 14:25 meta :) ... 15:45 wyjazd z Kołobrzegu, 19:00 Poznań... wybrałem taką opcję z kilku powodów, po pierwsze jechałem bez rodzinki (choć namówiłem na wyjazd tatę, który wyręczył mnie za kółkiem w drodze powrotnej), po drugie w sobotę wieczorem planowałem już wyjazd w góry - a taka opcja pozwalała na regenerację w sobotę :)
Dzień wcześniej na FB dochodziły wieści że etap pływacki w morzu będzie odwołany i możliwe że wystartujemy w marinie... porcie jachtowym... czyli takim ścieku ;( Nie ukrywam że tak opcja spowodowała, że przez głowę przeszła mi nawet myśl że nie jadę... skoro etap pływacki nie będzie odbywał się w morzu... na szczęście jednak było to tylko chwilowe zwątpienie.
Tego dnia otrzymałem jeszcze informacje od Grzesia Kowalskiego z portalu Triathlonowy.pl że na mnie jako redaktora portalu czeka w biurze mediów specjalny identyfikator umożliwiający wejście praktycznie do każdej strefy zawodów. Pomyślałem, super - mój tata będzie miał swobodne wejście również i do strefy finishera - może poczuje smak rywalizacji i uda mnie się go namówić do startów w triathlonie :))
 
Fot: BikeLife
 
W Kołobrzegu zameldowaliśmy się tuż po 08:00 rano, odbiór pakietu startowego, wprowadzenie roweru do strefy zmian zlokalizowanej tuż przy porcie i od razu odprawa. W międzyczasie skombinowałem worki foliowe do zapakowania rzeczy na rower i bieg gdyż deszcz wisiał w powietrzu... ten element wyposażenie dojedzie od dziś do mojej listy sprzętu jako "must have".
 
 
 
 
 
Na pierwszy ogień najważniejsza informacja - będzie pływanie w morzu! Yeahhh! I do razu po tej wiadomości pogoda zaczęła się psuć :) widać było że jesteśmy na granicy ścierania się dwóch frontów, od północnego-zachodu zbliżały się mega ciemne chmury, a po kilkunastu minutach zaczęło kropić, a potem lać - i to naprawdę mocno. Na szczęście w momencie kiedy zaczynałem powoli przebierać się w strój startowy i piankę zaczynało się rozpogadzać, a niebo dawało znaki że nie jest to tylko na chwilę.
 
Fot: BikeLife
 
Na plaży atmosfera już startowa, coraz więcej kibiców i zawodników. Szybkie zanurzenie w wodzie aby ułożyć właściwie piankę.
 
Fot: BikeLife
 
Temperatura wody naprawdę całkiem przyjemna, a fala jak to fala :) była i to całkiem, całkiem spora. Przed naszym dystansem jeszcze start na 1/8 i tutaj byłem świadkiem przezabawnej historii z udziałem... armaty :) Panom "muszkieterom" chyba gasł lont i na dosłownie 70 sekund przed godziną zero nerwowo biegali po plaży w poszukiwaniu zapałek/zapalniczki... hmm, pomyślałem że to drugi punkt do mojej listy "must have" - zapalniczka na etap pływacki :)) Na szczęście Panowie dzielnie poradzili sobie i... takiego huku to jeszcze nie słyszałem na żadnych zawodach. Naprawdę porządne walnięcie.
 
Fot: e-KG.pl 
 
Nasz start trochę opóźnił się z uwagi na urwaną drugą boję i oczekiwanie na ostatnich zawodników wybiegających do T1... ale wreszcie doczekaliśmy się :)
 
Fot: BikeLife
 
Jak zwykle ustawiłem się dość asekurancko żeby nie powiedzieć że trochę przyspałem na starcie... na szczęście taktykę miałem niezłą, biegłem praktycznie aż do zanurzenia ramion. Ta opcja ułatwiła i przyspieszyła przejście przez pierwszy przybój. Do pierwszej boi nie ukrywam że trochę trzeba było powalczyć z falami, czułem się jak tankowiec który biorąc oddech na szczycie spada z ogromną siłą w dolinę fali - ale w sumie fajne uczucie. Po minięciu pierwszej boi obawiałem się trochę że nie będę mógł brać oddechu na ulubioną, lewą stronę gdyż od tej strony będę zalewany przez fale. Nie było z tym jednak problemu, gdyż między pierwszą a drugą boją fale płynęły już trochę razem z nami. W tym miejscu było naprawdę widać że ma ona konkretne rozmiary (po zawodach słyszałem od organizatora że fala miała 2 metry - nieźle). Druga boja minięta i teraz kierunek na metę i latarnię. Większość zawodników obrała drogę w kierunku prostym na plażę a potem biegiem po plaży, ale ja stwierdziłem że na tyle fajnie się płynie że postaram się pójść czysto na metę. Trudno mi w tej chwili powiedzieć która opcja była szybsza ale wogóle nie żałowełem wybranej przeze mnie taktyki. Brzeg... trochę biegu... beczka... no i drugie kółko! Tak, tak. Ta informacja nie doszła do mnie wyraźnie na odprawie ale logika ze startu na 1/8 nie pozostawiała tutaj wątpliwości. Drugie kółko wykonane praktycznie z tymi samymi "przygodami"... choć może nie... :) znów się urwała druga boja i osoby płynące wolniej, w tym ja :) musiały pewnie trochę dołożyć metrów. Rada na przyszłość jest tylko jedna. Trzeba pływać w czubie! :) Po pierwszym kółku które wykonałem w czasie ok. 11 minut nastawiałem się na średni jak na mnie czas... ale po drugim kółku gdy byłem już na macie pomiarowej zegarek pokazał 24 minuty! O kurcze, tak słabego pływania nie miałem nigdy... choć na poprawkę trzeba wziąć zapewne trudne warunki no i urwaną boję. Na 220 startujących zawodników miałem 168 czas... Mimo że tak lubię wodę i pływanie, ciągle ten etap jest dla mnie najgorszy pod względem klasyfikacji. Cóż. Trzeba będzie chyba jednak podziękować total immersion i przerzucić się na bardziej wydajną odmianę kraula.
 
Fot. TriAktywni.pl
 
Rower, jak to rower u mnie, oznacza pełen ogień, ciągłe wyprzedzanie i gonienie na tyle ile siły pozwolą. Tak też było i tym razem. Trasa rowerowa ponoć szybka ale ja miałem raczej odczucie że jest bardzo kręto, nawierzchnia bardzo "różnorodna"... no i z uwagi że wypogodziło się już naprawdę ładnie, zaczęło ostro dmuchać.
 
Fot: BikeLife
 
Tutaj należą się brawa dla organizatora za porządne zabezpieczenie trasy, szczególnie z uwagi na mnogość punktów w których były śluzy. Tak dużej ilości przecinek, zarówno dla aut jak i dla pieszych nie widziałem jeszcze... może z uwagi na fakt że tak naprawdę był to mój pierwszy etap rowerowy miejski - zlokalizowany praktycznie w samym centrum miasta. Ciekaw jestem odbioru tej trasy i blokad z nią związanych przez turystów tkwiących w giga korkach. Mam nadzieję że wyluzowali się i specjalnie nie narzekali ;)
 
Fot: BikeLife
 
Jeśli chodzi o dystans to chyba nie udało się idealnie ustawić tej cztero-pętlowej trasy. Mój garmin pokazał 47 km. Czas zatem tego etapu nie mógł być rewelacyjny mimo przyzwoitej średniej na poziomie 33 km/h. Ostatecznie 1:26:31 i 83 miejsce w klasyfikacji tego etapu. Było OK.
 
Etap biegowy zlokalizowany na fajnej promenadzie, wzdłuż brzegu, płaski, musiał należeć do szybkich i taki był, bardzo szybki, nawet rekordowy jak na mnie. Pierwszy kilometr pokazał tempo 4:20... mocno, ale czułem się w porządku.
 
Fot: BikeLife
 
Trasa naprawdę genialna. Fajnie biec w miejscu tak turystycznym i z taką ilością przypadkowych kibiców, wśród plażowiczów grzejących się na piasku, wśród zapachu smażonych ryb i panów z dużym brzuchem i piwem w ręku :) Miałem wrażenie że to naprawdę świetna promocja aktywnego trybu życia i triathlonu. O lepszą chyba trudno by było. Na trasie miałem kilka mocniejszych i słabszych km ale średnie tempo utrzymałem na poziomie 4:44, jedynie garmin pokazał na końcu 9,51 km czyli niedoszacowanie na poziomie 10%... sporo.
 
Fot: BikeLife
 
Ale za to ten etap ukończyłem w rekordowym jak na mnie czasie 45:06.
 
 
Meta z lekkim podbiegiem i dwoma ostrymi zakrętami i jestem pod latarnią :) Idealne miejsce na koniec zawodów i strefę finishera. Czas: 2:39:38. 111 miejsce w OPEN, 99 wśród facetów i 28 w kat. wiekowej. Życiówki nie było ale trudno aby przy takiej trasie kolarskiej i pływaniu zaliczyć najlepszy wynik - nie taki nawet był mój cel. Miałem cały czas pełną świadomość chęci uczestnictwa w zawodach dwa dni później w górach... na mega trudnej trasie kolarskiej i niełatwej biegowej.
 
 
Generalnie start w Kołobrzegu był bardzo udany i jestem mega zadowolony że uczestniczyłem w tych zawodach, określonych nawet przez niektórych jako kameralne i klimatyczne - faktycznie takie były.
Mam nadzieję że wrócę tutaj za rok.
 
Wszystkim uczestnikom i organizatorowi należą się słowa uznania i gratulacje. A kibicom bardzo dziękuję w imieniu wszystkich zawodników za doping!
 
Tego samego dnia powróciłem jeszcze do domu, tak aby w sobotę mieć chwilę na odpoczynek i drugą część mojej przygody... Garmin Iron Triathlon w Radkowie.
 
 
 
Te zawody pojawiły się już w moim kalendarzu na początku sezonu, gdy planowałem coś pomiędzy Sierakowem i Poznaniem... i to coś to było naprawdę COŚ :) Łącznie 1100 metrów przewyższeń. Mega wymagająca trasa rowerowa i bieg tuż pod czeską granicą. Nazwa "etap górski" nie została tutaj napewno wyssana z palca.
Dwa dni wcześniej startowałem nad morzem... a teraz góry. Nie mogłem sobie tego lepiej wymyśleć i powiem szczerze że było to wyzwanie z kategorii "ukończyć znaczy zwyciężyć" :)
W sobotę dzięki uprzejmości Grzesia Kowalskiego zakotwiczyłem późnym wieczorem w Kamieńcu Ząbkowickim. Jeszcze raz z tego miejsca bardzo dziękuję jemu, Kasi i ich rodzinie za gościnę.
 
 
Fot: laboSPORT 
 
Do Radkowa dojeżdzamy w niedzielę ok. 9:30, widać już masę zawodników ciągnących na zawody z różnych stron Polski. Sceneria bajeczna. Góry Stołowe, Zalew Radkowski. Pogoda wymarzona. Choć znów deszcz wisi w powietrzu i przyprawia mnie o czarne scenariusze zjazdów na slickach na trasie rowerowej.
Odbieramy pakiety startowe, zanosimy rowery i rzeczy na przebranie do strefy zmian... i w całym natłoku rozmów i innych przygotowań ulatuje nam odprawa :) na szczęście nowicjuszami już nie jesteśmy i jakieś tam pojęcie o zasadach mamy więc spokojnie zmierzamy na linię startu w Zalewie. A na Zalewie wszędzie znaki o zakazie kąpieli :) cóż, chyba jednak odwołają ten etap :) Po morskim etapie w Kołobrzegu mam wrażenie że Zalew to taka większa kałuża i powinno być szybko :) Na starcie ponad 300 zawodników.
 
Fot: laboSPORT  
 
Start. I znów asekuranckie ustawienie. Chyba za duży spokój mam do startów etapu pływackiego. Płynie mnie się dobrze, nawet bardzo... jakoś tak płasko i szybko :) Na koniec pierwszej pętli mam już wrażenie że pływam w jakimś stawie, co chwilę łapię jakieś glony i rośliny. Na drugiej pętli płynę już w przyzwoitym rytmie... choć końcowe wyniki tego etapu nie oddały mojego entuzjazmu. 225 miejce z czasem 21:12... no szału nie ma!
 
Fot: laboSPORT 
 
Strefa zmian i dylemat z którym nie poradziłem sobie przez ostatnią godzinę czyli czy zarzucić na strój startowy jakąś bluzę. Przed startem doradzali że do góry jest parę stopni chłodniej, a przy zjazdach może być naprawdę chłodno. Waham się do ostatniej chwili, do ostatnich sekund przed opuszczeniej strefy zmian... no i jednak idę na żywioł. Słońce świecie, po pływaniu ciepło, adrenalina buzuje... luz, dam radę.
 
Fot: Triathlonowy.pl
 
Początek trasy mocno obstawiony przez kibiców i trzeba uważać by się nie podpalić za bardzo co czasem mnie się zdarza. Doping genialny! No to wyjeżdzamy do góry... patrzę na prędkość która w zawrotnym tempie idzie w dół, a ja cisnę, cisnę i nic... takie są góry :) Trzeba się przyzwyczaić do tempa w okolicach 16-18 km/h. Standardowo jak to na etapie rowerowym, wyprzedzam ale tym razem za każdym razem gdy wyprzedzam zastanawiam się czy przypadkiem nie forsuję tempa, przecież inni ledwo kręcą a ja ciągnę i ciągnę. Daję się wyprzedzić na podjeździe przez naprawdę nielicznych zawodników. Po 5 km podjazdu czuję się w porządku, tempo uspokojone, równa kadencja... chyba dam radę. Widoki bajeczne! Staram się rozglądać i podziwiać - naprawdę piękne są góry. Czuję chłód! :) Zimno, mogłem się ubrać... A serpentyna do góry pnie się i pnie. Po 9 km zaczyna się delikatnie wypłaszczać, widać nawrotkę... no to teraz Panie z góry będzie... prędkość rośnie z każdym metrem i zaczynam się przyzwyczajać do prędkości grubo powyżej 50 km/h. Na szczęście jest sucho i w miarę bezpiecznie... choć nie jest to szerokość trasy w Sierakowie. W niektórych momentach na liczniku pojawia się 60, 61, 62 km/h... naprawdę szybko. Przez chwilę zastanawiam się co by się stało gdybym wyleciał z trasy na łukach przy tej prędkości... na dole las, żadnych barierek... ale nie ma co się zastanawiać bo by pewnie nic ze mnie nie zostało :) Dojazd do nawrotu i druga pętla. Po drodze wyprzedzam Grzesia i pytam się czy ciągnie do góry ze mną... choć wiem że to głupie pytanie :) Kurde chyba naprawdę dobrze mi się jeździ w górach. Potem wyprzedzam jeszcze Pawła Bonieckiego z Trisfery. Przy dojeździe na szczyt czuję że już jest naprawdę chłodno. Do tego zaszło słońce i zaczyna kropić... no pięknie, będzie jazda z góry po deszczu. Na szczęście tragedii nie ma ale jadę z większym marginesem bezpieczeństwa niż pierwszą pętlę... choć na ostatniej prostej z górki dociskam na maksa w poszukiwaniu Vmax :) doszedłem do 63,6 km/h. Nie wspomnę oczywiście że podczas tej trasy kilkukrotnie próbuję wrzucić wyższy bieg i okazuje się że już wyżej... nic nie ma... chyba przydałaby się korba z 53 zębami zamiast 50... byłoby szybciej :)
Kończę ten etap ze średnią 26,1 km/h co przy płaskiej trasie byłoby totalną porażką ale w tych warunkach, na tej trasie jest chyba całkiem niezłym wynikiem. W klasyfikacji tego etapu ląduję na 95 miejscu... hmm myślałem że będzie lepiej - jednak taki dobry jak mnie się wydaje nie jestem!
 
 
 
 
Pogoda nie pogarsza się, co oznacza że jest trochę słońca, czasem trochę mżawki... czas rozpocząć ostatni etap biegowy. Wybiegam i czuję że mam totalnie zdrętwiałe nogi... a na dodatek jest pod górkę... oj, będzie ciężko.
1 km w tempie 4:37... w sumie nieźle. Ale patrzę kto to przede mną biegnie, Grzegorz... jak to?! Przecież wyprzedziłem go na podjeździe! No tak, ale był jeszcze zjazd i w początkowej jego fazie jechałem chyba zbyt asekurancko... a on jak się potem przyznał cisnął na maksa. Wyprzedzam go i cisnę dalej. Zaczyna się robić coraz bardziej pod górkę, a w połowie pierwszej pętli to mam wrażenie że już jest szybciej iść niż biec... Po nawrocie gdy jest już z górki słyszę za plecami podśpiewywanie... :) ... to Grzesiu, dostał drugie życie i leci na złamanie karku z góry... i pyta czy ciśniemy razem?
 
Fot: Triathlonowy.pl 
 
Oczywiście nie mogło to ujść uwadze mojej ambicji i co tam, lecimy razem, mimo że wiem że pod względem tempa (4:35) i ostatnich kilku dni może być na granicy, choć wydolnościowo jest ok. Prawda okazuje się być bolesna po kolejnych 2 km. Skurcz w lewym udzie. Daję znać Grzesiowi że ja muszę odpusić, niech pędzi dalej sam. Zwalniam, a po kilkuset metrach muszę na chwilę stanąć :( przed oczyma przebłyskuje niepokój abym w ogóle ukończył te zawody... przez kolejne 3 km muszę jeszcze dwa razy stanąć bo skurcze na przemian dają o sobie znać, a to prawa łydka, a to ponownie lewe udo.
 
Fot: Garnek Mocy
 
Ostatnie 3 km udaje mnie się na szczęście przebiec w miarę gładko w akceptowalnym tempie ok 4:55 min/km. Dobieg do mety to już nieskrywana radość i satysfakcja. Doping publiczności, przebieg przez mostek nad Zalawem i delikatnie pod górkę wprost na metę, po drodze w przypływie endorfin wyprzedzam jeszcze 2 zawodników, a tempo skacze z ok 150 do 165. Spiker wyczytuje: Jasiek, Kowalski, Dąbrówka!
Niedługo po mnie dobiega jeszcze Paweł Boniecki z Trisfery.
 
Fot: Triathlonowy.pl
 
A na mecie radość i uśmiech - chyba porównywalne z pierwszym ukończonym triathlonem w Sierakowie ponad rok temu. Radość tym większa że zrealizowałem mój wariacki plan - od morza po góry. Dwa triathlony w trzy dni.
 
Fot: Triathlonowy.pl
 
Czas: 3:02:34, 140 miejsce w OPEN, 135 wśród facetów, 37 w kategorii… ale to tylko liczby które niewiele oddają. Te zawody na długo zostaną w mojej pamięci...
 
 

Piękna okolica i trasy, świetne zawody, wyjątkowy i pełen sportowych emocji długi, czerwcowy weekend.
Warto przeczytać także