Dodano 2014-06-02 przez Jasiek Kowalski
Triathlon Sieraków - relacja

1/4 Triathlon Sieraków 2014 - to był wyjątkowy dla mnie start i początek tegorocznego sezonu. To właśnie w tym miejscu rok temu debiutowałem i złapałem triathlonowego bakcyla. Miejscowość którą znam już z dawnych czasów, w których lekkoatletyka była moją dyscypliną - tutaj byłem na pierwszy obozach… Również klimat ubiegłorocznych zawodów był naprawdę magiczny i zdecydowanie najbardziej zapamiętany ze startów w roku 2013. Oczekiwania były więc naprawdę duże, choć wiedziałem że z uwagi na pagórkowatą trasę rowerową i „specyficzny” crossowy charakter trasy biegowej, nie mogę raczej liczyć na pobicie życiówki z płaskiej trasy w Poznaniu. Na szczęście nie chodzi zawsze o wynik i tej imprezy nie mogło zabraknąć w moim kalendarzu startów.

Na miejscu pojawiliśmy się już z rodziną w piątek, a więc dwa dni przed planowanym startem. Udało nam się skorzystać z campera, a więc zapowiadał się ciekawy, campingowy i weekendowy wypad. Jeszcze tego samego dnia odebrałem swój pakiet startowy, a na sobotę zaplanowałem aktywne kibicowanie znajomym zawodnikom. Wieczorem udało się jeszcze skontaktować i spotkać z Grzesiem Kowalskim - założycielem portalu Triathlonowy.pl - który zaprosił mnie również do współpracy. Zapowiada się naprawdę mega pozytywna i fajna współpraca! Cieszę się bardzo! Przy okazji zostałem „zatrudniony” w roli fotografa na sobotę i moje zdjęcia pojawiły się z tego dnia na portalu i profilu FB tego portalu. Dla ułatwienia mojej pracy otrzymałem identyfikator dla mediów który umożliwił mi bez problemowe wejście do strefy zmian, startu i mety :) … zazwyczaj na kongresach które organizuję w firmie w której pracuję to ja przyznaję uprawnienia dla uczestników i partnerów - tym razem było na odwrót i fajnie było doświadczyć tego z drugiej strony.

Sobota przywitała nas iście letnią pogodą. Ciepło, słonecznie, w miarę bezwietrznie - idealnie na zawody. Obserwując i fotografując zawodników na trasie miałem wrażenie że coś jest nie tak… przecież powinienem być po drugiej stronie! Były to chyba jedne z pierwszych zawodów w których uczestniczyłem jako kibic - zdecydowanie inspirujące i wiele uczące doświadczenie :) Każdy kibic, a w szczególności Magda wie o co chodzi :) Z drugiej strony fajnie było motywować innych zawodników i zagrzewać ich do boju - w szczególności Grzesia Kowalskiego i Pawła Bonieckiego. Z elity, szczególną sympatią darzę Kacpra Adama i to jemu z czołówki najbardziej kibicowałem - cieszę się że udało mu się wygrać te zawody. 

 

 

W międzyczasie udało mnie się wygrać pakiet startowy na Triathlon w Kołobrzegu - w konkursie przeprowadzonym przez Jacka Górskiego tuż przy linii mety. Jako pierwszy odpowiedziałem na banalne pytanie - o nazwisko głównego organizatora zawodów - wiadomix - Wojtek Kruczyński :) Cieszę się na myśl o tym starcie ale wyzwanie i „problem” jest o tyle większy iż dwa dni później mam zaplanowany i opłacony już start w … górach … w 1/4 Garmin Iron Triathlon. Nie wiem jeszcze na ile te dwa starty są do pogodzenia logistycznie i kondycyjnie… Cięgle jeszcze biję się z myślami czy będzie to do pogodzenia.

 

   

 

Na wieczór formalnie jeszcze zaliczyłem odprawę na której tak naprawdę najbardziej interesowały mnie kwestie związane z tzw. startem barcelońskim i podziałem prawie 900 zapisanych zawodników na 3 grupy. Tak jak się domyślałem podział był… kolorami opasek… hmm, chyba na przyszły rok dobrze byłoby podzielić uczestników czasami ich życiówek - tak jak ma to miejsce przy imprezach biegowych. Takie rozwiązanie zapobiegło by nadmiernemu tasowaniu zawodników na trasie. Może za rok…

Pasta party - tak jak rok temu - było naprawdę dobre i „do syta”. Zdecydowanie duży plus.

 

   

  

Tego dnia pozostało jeszcze wstawienie roweru do strefy zmian. Myślę że jeszcze kilka startów i zastanowię się czy nie robić tego w dniu zawodów - tak jak doświadczeni zawodnicy. Rok temu strefa zmian była dla mnie na tyle skomplikowana że spędziłem w niej przed startem dużo za dużo czasu.

 

Niedziela - dzień startu.

Budzik nastawiony na 6:50, przesunięty na 7:00 i jeszcze raz na 7:15… coraz więcej we mnie luzu przed startami. Było to wystarczająco dużo czasu na małe śniadanie, ponowne odwiedzenie strefy zmian z ciuchami/akcesoriami na rower i bieganie. Jedyne co mnie martwiło tego poranka to konkretny ból głowy i uczucie spieczenia słońcem dzień wcześniej w roli kibica.

Założenia na start były w miarę sprecyzowane: spokojne pływanie, pełen ogień na rowerze i bieg na tyle na ile będzie to możliwe - ale również mocne.

 

 

Mój start przypadał na drugą barcelońska falę, o godzinie 9:10. Ustawiłem się w miejscu które oceniłem jako spokojne i bezpieczne ale po starcie okazało się że trafiłem najgorzej z moich dotychczasowych startów. Spory ścisk, szarpanie, popychanie, uderzanie - jednym słowem pralka. Do pierwszej boi było naprawdę gorąco i nie mogłem znaleźć rytmu, potem trochę lepiej, a po minięciu drugiej boli małe problemy z nawigacją ;) Myślę że stać było mnie na więcej, szczególnie że finalne wyniki na tym etapie uplasowały mnie na dalekim 345 miejscu z czasem 20:18. Wyjście z wody i ponad 400 metrowy dobieg do strefy zmian - to pierwszy moment podczas zawodów na którym napotykamy na doping - i to jaki! Naprawdę mega mobilizujący! Po drodze jeszcze high five z Adamem Kacprem i można lecieć dalej :) Po drodze spotykam jeszcze Anię Ranoszek z którą trochę trenowaliśmy w kwietniu i maju na trasach biegowych w Dąbrówce.

 

 

Rower! :) Założenia były ambitne i na szczęście zostały w 100% zrealizowane. Tuż po odpaleniu roweru za linią, adrenalina i „podpalenie” totalnie mnie zatracają - te głośne, euforyczne okrzyki na pierwszy kilometrze to ja! :) Tętno ponad 180, kadencja prawie 120 i prędkość ponad 50 km/h… to musiało się tak skończyć. Totalne przykurcze mięśni powodują że muszę mocno zwolnić i się rozprostować. Na szczęście skurcze mijają i mogę skupić się na możliwiej równej i mocnej jeździe.

 

 

Miałem wrażenie że wiatr stopniowo nasila się i trochę mnie spowalnia - ale generalnie pogoda sprzyjająca mocniej jeździe. Sporo wyprzedzania :) Na szczęście moje obawy o ścisk na trasie były zbędne. Ewidentnego draftingu praktycznie nie widziałem wcale, i dobrze. Doping, szczególnie przed Sierakowem naprawdę genialny i dający dużo mocy. Ten etap kończę z niezłym czasem 1:16:30, który to jest 89 wynikiem tego dnia.

 

Bieg. Schodząc z roweru zawsze mam wrażenie że „już jestem w domu” i nic złego nie może mnie spotkać… choć trasa którą przygotował organizator nie należała do łatwych - taki mocny cross ale fajny - widać kto ociągał się na treningach, a kto porządnie przepracował okres przygotowawczy. Powiem szczerze że zapewne jako jeden z nielicznych osób lubię te podbiegi w serpentynach tuż pod koniec każdej z pętli.

 

 

Doping który niesie się ze stadionu naprawdę daje moc i budzi endorfiny. 214 miejsce z czasem 52:44. Średnia 5:12 km nie powala ale była odzwierciedleniem mocnej pracy na rowerze - kołkowate nogi i brak świeżości… ale taki jest triathlon. Generalnie uważam ten bieg za przyzwoity i na miarę moich możliwości.

 

Ostatnia prosta, piątki z Magdą, Filipem i całą masą innych kibiców. Finalny czas 2:38:27, 161 miejsce w OPEN i 40 w kategorii wiekowej. Ponad 4 minuty lepiej od startu w ubiegłym roku na tej samej trasie.

 

 

W strefie finishera z roku na rok coraz fajniej - tym razem doszły baseny do schłodzenia. Piwo, hamburgery, lody, arbuzy i inne przysmaki czekały na wszystkich uczestników!

 

 

Wielkie dzięki dla kibiców na całej trasie oraz tych wspierających wirtualnie. Brawa dla organizatorów za przeprowadzenie udanej, międzynarodowej imprezy z tak dużą ilością uczestników.

Szczególne podziękowania dla mojej żony Magdy i dzielnych chłopaków - kibiców <3

 

 

ps. dziękuję bardzo firmie Burstner Polska za użyczenie pięknego campera!!! :)

 

 

Warto przeczytać także