Dodano 2014-04-06 przez Jasiek Kowalski
7. POZnań półmaraton - relacja

Plany na połówkę w Poznaniu były od samego początku ambitne. To już trzeci mój start na tym dystansie i z każdym rokiem było coraz lepiej, treningów przybywało, forma rosła - nie mogło być inaczej - to był ten czas na prawdziwy OGIEŃ i mega ambitny bieg. Dodatkowo spirala wkrętki nakręciła się dodatkowo na początku tygodnia po tym co działo się na FB po biegu w Warszawie, wszyscy znajomi z mega dobrymi wynikami które wydawały mnie się trudne do pobicia. Swój cel z

Dzień wcześniej po zakupie nowych butów - tych samych co miałem do tej pory - ale w innym kolorze :) atmosfera trochę rozluźniła się… choć może była to tylko gra pozorów :)

Noc w miarę przespana, śniadanie zjedzone, czas w drogę… stała miejscówka parkingowa przy Termach okazała się niezłą pułapką… impreza biegowa na 8000 osób zrobiła swoje i skutecznie zakorkowała ten rejon miasta - ponoć z innych stron nie było lepiej. Już wcześniej zastanawiałem się nad tym czy aby organizator nie przedobrzył… rok wcześniej z tego co pamiętam było 5000/5500 osób… a teraz miało być znacznie więcej - byłem ciekaw jak organizator sobie poradzi z tym zadaniem.

Przed biegiem jeszcze szybka wymiana koszulek (ten temat szerzej dyskutowany na FB - ponoć odbiorcami koszulek mieli być Japończycy… :), zostawienie plecaka i ciuchów na przebranie w szatni i delikatna przebieżka na linię startu… pogoda zapowiadała się z minuty, na minutę coraz lepiej… myślałem że niebo będzie zachmurzone a tutaj słońce śmiało wychodziło zza chmur i przygrzewało… ale to był dopiero początek.

Gdy zapisywałem się do biegu planowałem czas

 

START. Nie było aż tak ciasno jak się obawiałem ale miałem wrażenie że początek jest zdecydowanie za wolny. Pierwszy km 4:51… zdecydowanie za wolno, goniłem moje baloniki :) bardzo goniłem… kolejne km już poniżej 4:38 więc było OK. Około 5 km poczułem delikatnie kolkę i trochę się przestraszyłem… zwolniłem, nieznacznie ale jednak - bałem się że może się to źle skończyć. Uspokoiłem tempo, starałem się nie gonić za wszelką cenę i utrzymywałem nadal bezpieczny dystans ok. 80 metrów do baloników. Około 10 km kolki praktycznie już nie czułem i mogłem spokojnie skupić się na balonikach… swoją drogą pomarańczowy i różowy ;)

Jeszcze chyba nigdy nie mobilizowały mnie tak bardzo i nie dawały tyle ognia zespoły muzyczne, co właśnie tym razem. Moja muzyka ze słuchawek była totalnie przytłumiona… i dobrze. Za każdym razem kiedy przebiegałem koło tych zespołów grających generalnie rockową muzykę - dawały mi naprawdę wiele sił i mobilizowały do ciężkiej pracy - wiedziałem dobrze że biegnę na cienkiej granicy moich możliwości. Dla porównania powiem tylko tyle że 3 tygodnie wcześniej gdy biegłem „Maniacką” średnie tempo miałem mocniejsze tylko o 13 sekund na km… było naprawdę na pograniczu.

Do 17 km generalnie szło w miarę ok - ciężko, mocno, ale okej… czułem że <1:40 jest w moim zasięgu… to byłoby coś - myślałem tylko o tym wyniku… choć brałem po uwagę opcję że będzie ciut powyżej i co wtedy… :) spowolniały mnie jedynie punkty odżywcze po których musiałem trochę gonić moje baloniki. Potem było już bardzo ciężko… naprawdę - myślałem już tylko o mecie i aby do niej dobiec musiałem sobie robić punkty pośrednie, do zakrętu, do mostu, do skrzyżowania - skupiałem się na nich i myślałem o nich w kategorii punktów docelowych. 

Baraniaka. Tutaj wydawało mnie się że dostałem skrzydeł i przyspieszam - jak się okazało to były tylko złudne wyobrażenia. Pace-makerzy dawali już znać aby dać z siebie wszystko… no tak ale ja już od startu daję z siebie 100% - to jak mam wykrzesać z siebie jeszcze siły… ale jakoś udało się. Podziękowałem pace-makerowi i poklepałem go po plecach - to była naprawdę świetna robota - wyprzedziłem. Zegarek z GPSem nie zastąpi nigdy tego co dają oni. Naprawdę szacun! Rwałem do przodu, jeszcze tylko 1,5 km… po drodze minąłem również gościa na zwykłym wózku inwalidzkim (nie sportowym)… poklepałem go po plecach - wiem dobrze że takie wsparcie jest potrzebne każdemu, szczególnie im. Ci goście są naprawdę niesamowici - podziwiam ich - i cieszę się że za miesiąc 4 maja będę uczestniczył w biegu Wings for Life World Run!


Meta, meta… z każdym krokiem mobilizowałem się i z niepokojem spoglądałem na zegarek… zdążę, nie zdążę… chyba jest na granicy 1:40 - nie mogłem odpuścić i mignąłem punkt odżywczy na 20 km bez uzupełniania płynów… te prawie 1100 metrów nie zrobią mi już chyba krzywdy…

Było już bardzo blisko, zbieg w dół i widzę zegar czasu brutto 1:39:48… a do mety jeszcze z 200 metrów - nie dam rady, nie ma opcji - ale wiedziałem że czas netto będzie poniżej 1:40… metę minąłem z czasem brutto 1:40:05… netto 1:39:25. GIGA radość na mecie! … ale też mega zmęczenie - wiem że naprawdę dałem z siebie wszystko - mocniej chyba na tym etapie przygotowań nie dałbym rady…


 

Dziękuję bardzo wszystkim kibicom i zespołom muzycznym! Dajecie naprawdę wyjątkową energię!

Dziękuję również mojej Kochanej rodzince - bez nich to wszystko nie byłoby możliwe...

 

Organizacja: Szatnie, prysznice, oznaczenie km, zabezpieczenie trasy - bez zarzutu. Ale dobrze że pogoda była OK. Nie wyobrażam sobie jak przy deszczu wszyscy zawodnicy mieliby się zmieścić do JEDNEGO namiotu z cateringiem… naprawdę nie wiem. Mieliście szczęście - zdecydowanie! Można było spokojnie piknikować na trawce i odpoczywać…

Widok ze schodów hangarów bezcenny - naprawdę spora impreza biegowa, super pogoda, super atmosfera i super wynik!

Nie załapałem się jedynie na piwko… ;) niektórzy mówili że 2 godziny stania w kolejce - trochę pewnie przesadzili ale kolejka zdecydowanie odstraszała. Na szczęście do punktu z herbatą kolejki nie było :)

Warto przeczytać także