Dodano 2014-03-16 przez Jasiek Kowalski
Maniacka Dziesiątka - relacja

To nie była spokojna noc przed startem… ale nie za sprawą nerwów przed zawodami, a z powodu gwałtownej zmiany pogody, mega silnego wiatru i deszczu walącego w parapet z taką siłą że przebudzałem się tej nocy nie raz. Pomyślałem tylko - nie będzie wielu kibiców :(

Naturalna pobudka bez budzika spowodowała jednak że na nogach byłem dopiero mocno po dziewiątej. Poranek minął szybko. Śniadanie, szybkie pakowanie, umówienie się z kumplami z osiedla na wspólny wyjazd… i już o 10:30 w aucie. Dojechaliśmy błyskawicznie, a to za sprawą zmiany planów miejsca parkingowego. Zazwyczaj są to Termy ale tym razem wybór padł na osiedle Tysiąclecia, tuż przed Maltą. Odpadł zatem czas potrzebny na dojście do hangarów, przebranie się i rozgrzewkę z dobiegiem do linii startu. Zaparkowaliśmy praktycznie kilkaset metrów przed linią startu, a naszą szatnią było auto. Skądinąd dobre rozwiązanie. Mieliśmy jednak tyle czasu w zapasie że spokojnie mogliśmy poczekać w aucie - co było chyba najbezpieczniejszym rozwiązaniem - wiatr osiągał taką prędkość że stanie przy aucie mogło zakończyć się zwianiem na drugą stronę ulicy :)

Na rozgrzewkę zostało nam już 20 minut - wystarczająco… choć trudno to było nazwać rozgrzewką. Wiatr chłodził w takim tempie, że mogliśmy tylko pomarzyć o doprowadzeniu naszych mięśni do odpowiedniej temperatury przy niezbyt dużym wysiłku. Patent z workiem foliowym „na głowie” sprawdził się jak zawsze - choć siedząc jeszcze w samochodzie byliśmy świadkami zabawnej akcji jak gość próbując założyć go na siebie o mało nie doprowadził by do uduszenia się - no nieźle jeszcze bieg nie rozpoczął się a już mielibyśmy ofiary w zawodnikach :)

Trucht na Baraniaka to walka z wiatrem w jedną stronę i turbo dopalacz w drugą. Starczyło czasu na kilka rundek i praktycznie pozostało ustawiać się we właściwych strefach. A… jeszcze focia z kumplami, przybicie piąteczek i czas ustawić się. Niestety w strefie B byłem osamotniony, wszyscy kumple zostali w tyle… a ja chyba nigdy nie byłem tak blisko linii startu. Z głośników dobiegały jakieś głosy, które na kilka minut przed startem i moją mobilizacją, były tylko dalekim tłem. Bardziej dotarł do moich uszu jedynie fragment przemowy Ukraińca a propos obecnej sytuacji w tym kraju i walki o wolność…

Krótkie odliczanie z dziesięciu i start… armata wypaliła z kilku sekundowym opóźnieniem. Uwielbiam ten momenty startu… krótki trucht i dohamowanie, trucht i dohamowanie - i tak kilka razy. Dopiero za linią startu do której dotarłem w sumie bardzo szybko korek rozładował się.

GO!!!

Zacząłem mocno, nawet martwiłem się, że trochę za bardzo… 4:10, 4:12 - takie tempo pokazywało zanim dobiegliśmy do 1 km. W sumie trochę powyprzedzałem i pomyślałem że mogłem ustawić się na starcie jeszcze ciut bardziej z przodu. Ale OK. Sporadycznie widoczni, nieustraszeni kibice głównie skomasowali się na mostku prowadzącym do Galerii Malta. Pierwszy kilometr finalnie wyszedł 4:14 - jak dla mnie mocno ale nie czułem na szczęście przegięcia. Ustabilizowałem tempo i starałem się je utrzymać. Na drugim kilometrze znów miałem wrażenia że wyprzedzam i wyprzedzam - mimo że tempo tego odcinka wskazywało na mocne spowolnienie 4:29. Pojawiły się pierwsze zespoły muzyczne - lubię to! :) Szczególnie że mój iPod, zgarnięty z domu tak na wszelki wypadek, nawet nie raczył się włączyć… bateria. W sumie nie nastawiałem się specjalnie przy tym dystansie na słuchanie muzyki - lepiej wsłuchać się we własny organizm i czerpać dźwięki z wokół siebie. Dopiero na ok. 3 km utworzyła się grupa która w pobliżu mnie trzymała w miarę równe tempo 4:24… pomyślałem tylko że to jest ta średnia którą muszę trzymać by myśleć o życiówce. Most Rocha, Grobla, Mostowa - mignęły szybko. Kolejne zespoły… pogoda była optymalna… jak na razie :) Na 3500 m nawrotka na Garbarach - i tu zgodnie ze sztuką było widać zawodników którzy przesadzili z tempem… a więc kolejny odcinek na którym trochę wyprzedzania było. 4 km i równe tempo 4:23. Na 5 km nawrotka przy Starym Browarze i tu zaczęło się wesoło… coś zaczynało spadać z nieba co definitywnie nie przypominało deszczu… na początku niezbyt duże ale z każdą chwilą coraz większe… GRAD - no nieźle, zrobiło się nagle mokro i trzeba było zwiększyć czujność aby nie wywinąć orła, dodatkowo pojawił się problem z widocznością, a właściwie jej zanikiem… bieganie w padającym gradzie ma niestety to do siebie że mocno ogranicza widoczność. Nie wiem czy to właśnie przez ten grad który towarzyszył nam przez ok. 5 minut ale tempo spadło i to znacząco. Na 5 km - 4:31, na 6 km - 4:32… uuu niedobrze. Najciekawszy przy tym jest fakt że nie czułem że biegnę słabiej - subiektywne odczucia podpowiadały że jest w miarę równo… ale cóż, to był czas na koncentrację, spięcie pośladków i delikatne podkręcanie… mimo że odczyty na kolejnych km nie potwierdzały tego. 7 i 8 km równiutko po 4:35. Mniej więcej od tego czasu obok mnie biegł jakiś trener, z napisem na koszulce Decathlon Franowo, który prowadził swoją zawodniczkę na czas 45:00… ubrany w żabią czapkę i głośno pokrzykujący ewidentnie zwracał na siebie uwagę. Na początku nawet trochę za bardzo ale postanowiłem obrócić to na swoją korzyść i wykorzystać. Przy którymś z okrzyków dał znać że są 15 sek. w plecy… aha, czyli cel 45:00 minut oddala się. Przyspieszali… ja też :) Trzymałem się ich równo, raz oni mnie wyprzedali, raz ja ich… byliśmy już z powrotem na Malcie… swoją drogą zastanawiałem się czy to oni mają szarpane tempo czy ja… nie wiem, ale to wyprzedzanie się nie było normalne… na odczycie powróciło dobre tempo… na początku 4:26, potem 4:24 - było OK. Biegliśmy już wzdłuż Malty, na odcinku, na którym jak zakładałem przed startem, wiatr miał dawać nam mocną petardę… no ale było tuż po opadach więc wiatr jak na złość trochę zelżał na swojej sile… choć i tak dawał dobrego kopa. Na Malcie widać było jak potworzyły się całkiem niezłych rozmiarów fale… Ostatnie 1500 metrów to już podkręcanie tempa ile fabryka dała. Skądinąd pomyślałem że jak tak teraz podkręcam to mam spory zapas siły - to może można było jeszcze mocniej podkręcać w środkowym dystansie… OK, teraz już nieistotne. Liczyła się już teraz końcówka, chyba już dawno nie byłem tak mocny w końcowym dystansie, ostatnie kilkaset metrów naprawdę mocno… w okolicach 4:00 min/km. META. Zegar oczywiście pokazywał czas brutto który wskazywał czas 45:40… 50. Zegarek na mecie pokazał czas netto 45:02… no prawie! :) Ale i tak było OK.

Lubię to uczucie na mecie gdy jest już po… czas na MEDAL, piątki z przypadkowo poznanymi zawodnikami… oczywiście z zawodniczką którą prowadził trener również - po sprawdzeniu wyników wielkie GRATULACJE za pierwsze miejsce w kategorii wiekowej - Agnieszka Chmielewska - Swarzędz!

Na mecie szybkie wyziębienie i pierwsze o czym pomyślałem to folie… których niestety było brak! Powiem szczerze że to dość poważne uchybienie organizatora… brak izo na mecie i strefy - namiotu, w którym zawodnik mógłby się ogrzać i coś zjeść również - ale z tą folią to przesadzili. Może to moje przyzwyczajenie do innych, lepszych standardów ze startów we większych biegach... ale takie jest moje, subiektywne odczucie. Na szczęście w kieszeni miałem folię sprzed startu którą czym prędzej nałożyłem na siebie, tym bardziej że teraz był moment wyszukania kumpli i dojścia do auta. Zawody zaliczyć jednak należy do udanych - to było moja pierwsza dyszka na atestowanej, asfaltowej trasie. Rekord życiowy padł… ale tylko o 43 sekundy - choć porównuję to z nieatestowaną, leśną trasą - więc za bardzo nie ma co porównywać.

Gratulacje dla wszystkich zawodników! To była naprawdę fajna sobota i fajna Maniacka Dziesiątka!

3153 zawodników którzy ukończyli i zostali sklasyfikowani! SIŁA!

 

ps. czas na czasy kumpli i moje oraz miejsca w klasyfikacji :)

 

Paweł Lul (3394), czas netto 00:56:28, miejsce open: 2440 miejsce M30: 906

Marek Wincaszek (2493), wynik: czas netto: 00:48:48, miejsce open: 1609, miejsce M30: 656

Tomasz Lipowicz (nr 2420), wynik: czas netto: 00:48:47, miejsce open: 1608, miejsce M30: 655

Jasiek Kowalski (202), wynik: 00:45:55, czas netto: 00:45:01, miejsce open: 883, miejsce M30: 366

 

ps2. podziękowania i pozdrowienia dla Trisfery oraz Pawła Bonieckiego!

 

Warto przeczytać także